Opublikowano w kategorii: Bez kategorii

Nasz Dziennik – Orzeł i reszka: Rosja ograła USA

Ostatnie wydarzenia w Syrii i wokół Syrii ujawniły z całą wyrazistością nowy rodzaj stosunków międzynarodowych. Zmiany w 1989 r. i rozpad Związku Sowieckiego stały się impulsem do uzyskania przez Stany Zjednoczone statusu „strażnika światowego rezerwatu”.

Nowa sytuacja wymagała nowej doktryny. Nie przypadkiem została ona ogłoszona w 1990 r., przy okazji pierwszego kryzysu irakijskiego, w sytuacji gdy Moskwa utraciła status supermocarstwa, a Europa unaoczniła swą słabość na globalnej arenie. Bestialski atak na WTC 11 września 2001 r. stanowił punkt zwrotny dla tworzenia nowego porządku światowego pod przywództwem USA.

Przekonanie o niezagrożonej pozycji globalnego hegemona, wynikające z dominującej przewagi w zakresie techniki wojskowej oraz potencjału gospodarczego, spowodowało, że Amerykanie uznali wojnę za łatwą metodę rozwiązywania problemów współczesnego świata.

Stany Zjednoczone na przestrzeni ostatniego ćwierćwiecza były inicjatorami trzech koalicji wojennych (dwóch w Iraku i jednej w Afganistanie) oraz uczestniczyły w licznych operacjach wojskowych na kilku kontynentach. Czy jednak aplikowanie wojny nie rodzi skutków gorszych od choroby? Przestrzegali przed tym Jan Paweł II, Benedykt XVI i ostatnio Ojciec Święty Franciszek.

W Iraku i w Afganistanie sytuacja nadal jest niestabilna. Wojny nie rozwiązały problemów, wręcz przeciwnie – tylko jeszcze bardziej skomplikowały sytuację, oznaczały śmierć i cierpienie tysięcy ofiar cywilnych, zniszczenie, chaos.

Spowodowały także zwiększenie niechęci do świata zachodniego oraz znaczne pogorszenie sytuacji chrześcijan, którzy są obecnie najbardziej prześladowaną grupą religijną na świecie. Wiele wskazuje na to, że w obecnej rozgrywce syryjskiej trafiła kosa na kamień i pozycja USA w świecie została osłabiona dzięki działaniom Rosji i Chin.

Barack Obama zbyt pochopnie i nieodpowiedzialnie zapowiedział interwencję zbrojną. Sytuacja Syrii jest bardziej skomplikowana, niż ocenia ją Zachód, i pełna paradoksów: z jednej strony jest autorytarny reżim Asada, a z drugiej zwalczający go rebelianci, wśród których są organizacje terrorystyczne, w tym śmiertelny wróg USA – Al-Kaida.

Poza tym Obama nie ma poparcia amerykańskiej opinii publicznej, Kongresu, a także dysponuje nielicznymi sojusznikami, którzy ochoczo wysłaliby swoje siły zbrojne do Syrii. Amerykanom niewątpliwie zaszkodził fakt, że oszukali świat i broni masowego rażenia, którą miał rzekomo dysponować Saddam Husajn, nigdy nie znaleziono.

Teraz, gdy administracja prezydencka przekonywała, że ma „twarde” dowody, iż atak chemiczny w Syrii 21 sierpnia przeprowadziły wojska Asada, nawet część amerykańskich parlamentarzystów podała to w wątpliwość.

Rosja, która konsekwentnie usiłuje odbudować status mocarstwa i zabezpieczyć swoje interesy na Bliskim Wschodzie, tym razem bardzo zręcznie rozegrała sytuację i przejęła inicjatywę z rąk amerykańskich.

Zaproponowała, by poddać syryjski arsenał broni chemicznej pod kontrolę międzynarodową, co notabene już rok temu proponował amerykański sekretarz stanu John Kerry. Oczywiście prezydent Asad zgodził się na tę propozycję, podkreślając, że nie miały na to wpływu groźby ataku zbrojnego ze strony USA.

Opozycja syryjska (w tym organizacje terrorystyczne) jest oczywiście zawiedziona, ponieważ liczyła na to, że amerykańskie bombardowania złamią reżim Asada i ułatwią jej przejęcie kontroli nad krajem. Syryjski przekładaniec pokazuje, że nie zawsze czarne jest czarne, a białe – białe.

Źródło: Nasz Dziennik     Sobota 14 września 2013