Opublikowano w kategorii: Bez kategorii

Nasz Dziennik – Orzeł i reszka: W stronę monopartii?

Gdy się słyszy wypowiedzi liderów Platformy Obywatelskiej oraz obserwuje ich działania, trudno nie zauważyć, że PO chce się coraz bardziej upodobnić do meksykańskiej Partii Rewolucyjno-Instytucjonalnej. Partido Revolucionario Institucional (PRI) rządziła Meksykiem nieprzerwanie aż 71 lat, w latach 1929-2000 aż 14 razy wygrywała wybory i stworzyła w tym kraju faktyczne rządy monopartii o zabarwieniu autorytarnym. Za pomocą aparatu państwowego i spolegliwych mediów została spacyfikowana opozycja i choć w PRI istniały różne skrzydła, to tę typową „pragmatyczną” partię władzy cementował ideowy synkretyzm i myślenie w kategoriach „skoku na kasę”. Celem była niekontrolowana władza i pełna kontrola nad ogromnymi środkami publicznymi.

 

Platforma Obywatelska podczas swych już pięcioletnich rządów w Polsce systemowo zinstytucjonalizowała „neutralizowanie” opozycji oraz środowisk niezależnych przez aparat państwowy, a także związane z rządem media. Uczyniła z tego „rację stanu” – kto nie popiera PO, ten jest wrogiem publicznym zwalczanym z całą surowością przez wykluczanie. Stała się partią całego tak zwanego establishmentu czerpiącego korzyści z tego układu, a mainstreamowe telewizje, stacje radiowe, gazety czy portale internetowe uprawiają propagandę według wytycznych osławionych „przekazów dnia” opracowanych przez platformianych pijarowców. Nieważne, że w kraju bezrobocie i kryzys, na arenie międzynarodowej kompromitacja związana choćby z wyjaśnianiem przyczyn katastrofy smoleńskiej – liczy się, że w uległych mediach szkodliwe dla Polski rządy Donalda Tuska są przedstawiane jako pasmo wielkich sukcesów.

 

Jednak coś zaczyna pękać. Od czasu do czasu słyszymy o wewnętrznych podziałach wśród liberałów w Platformie Obywatelskiej. Ponoć tuskowcy i schetynowcy mają różne koncepcje działania i prowadzą wojny podjazdowe. Po Warszawie krąży dowcip, że to Grzegorz S. – niegdyś człowiek nr 2 w PO – polecił, by nie zamykać dachu stadionu podczas pamiętnego nieodbytego z powodu deszczu meczu Polska – Anglia, chcąc utopić Donalda T. W tej wojnie wśród liberałów (pomijam tak zwaną frakcję konserwatywną – smutne, gdy w fundamentalnych kwestiach ochrony życia ludzkiego łamane są sumienia, i to solidarnie zarówno przez tuskowców, jak i schetynowców) chodzi o gry personalne i podział wpływów w państwie. Obóz władzy przeżywa kryzys przywództwa Donalda Tuska i zaczyna sobie zdawać sprawę, że z godziny na godzinę słabnie jego „publiczny kult”. Czy to jest ucieczka z tonącego okrętu, czy może nowa strategia utrzymania się przy władzy?

 

W 1956 roku również zostały uzewnętrznione w kierownictwie PZPR dwie orientacje nazwane od miejsc spotkań: natolińską (od pałacyku w Natolinie) i puławską (od mieszkania przy ulicy Puławskiej). Ci ostatni, mając dostęp do prasy i radia, kreowali się na grupę „dobrych”. Prezentowali się jako ludzie „otwarci”, a w walce z natolińczykami zręcznie wykorzystywali nastroje społeczne. Natolińczycy byli kreowani na „złych dogmatyków”, choć opowiadali się za rozliczeniem stalinowskiego aparatu bezpieczeństwa i terroru. Jednak obie frakcje: natolińska i puławska, były obciążone stalinowską przeszłością i obie walczyły o utrzymanie się za wszelką cenę u władzy w nowych warunkach. Czy walka o władzę tuskowców ze schetynowcami nie jest dowodem na to, że nawet w różnych ustrojach mechanizmy władzy są podobne?

 

Źródło:Nasz Dziennik – Sobota-Niedziela, 27-28 października 2012, Nr 252 (4487)