Opublikowano w kategorii: Bez kategorii

Dobry Znak: Trzecia władza

      W klasycznej koncepcji – stanowiącej fundament współczesnych demokracji – istnieje trójpodział władzy. Oznacza on, że niezależnie o siebie funkcjonuje władza ustawodawcza (parlament), władza wykonawcza (rząd) i trzecia władza – sądownicza, która rozstrzyga w sposób niezawisły i sprawiedliwy spory między instytucjami państwowymi i  obywatelami. Tę koncepcję spopularyzował wybitny przedstawiciel myśli oświeceniowej Monteskiusz (1689 – 1755), który w eseju o „Duchu praw” z roku 1748 zwracał uwagę na konieczność podziału władzy między różne, niezależne, wzajemnie dopełniające, hamujące i kontrolujące się podmioty. Pisał: „Kiedy w jednej i tej samej osobie lub w jednym i tym samym ciele władza prawodawcza zespolona jest z wykonawczą, nie ma wolności, ponieważ można się lękać, aby ten sam monarcha albo ten sam senat nie stanowił tyrańskich praw, które będzie tyrańsko wykonywał. Nie ma również wolności, jeśli władza sądowa nie jest oddzielona od władzy prawodawczej i wykonawczej. Gdyby była połączona z władzą prawodawczą, władza nad życiem i wolnością obywateli byłaby dowolną, sędzia bowiem byłby prawodawcą. Gdyby była połączona z władzą wykonawczą, sędzia mógłby mieć siłę ciemiężyciela”.

     Tyle teoria, a jak jest ona stosowana w praktyce w Polsce? W dwudziestym czwartym roku transformacji widzimy, że władza sądownicza stała się państwem w państwie i nie jest w stanie właściwie pełnić swej roli. Sądownictwo nie potrafi się mentalnie oderwać od czasów PRL, w których sądy nierzadko były narzędziem dyspozycji politycznej rządzącej krajem partii komunistycznej.  Szczególnie ostatnie skandale związane z wymiarem sprawiedliwości wyraźnie wskazują, że ten obszar funkcjonowania państwa jest w stanie kryzysu. Uniewinnienie prominentnych przedstawicieli grupy pruszkowskiej, a skazanie Antykomora za krytykę obecnego prezydenta (w sytuacji spolegliwego tolerowanie przez Temidę kampanii nienawiści w stosunku do śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego) – to tylko niektóre przykłady z ostatnich dni stanowiące wierzchołek góry lodowej. Jakby tego było mało mamy dyspozycyjność wobec polityków i sąd na telefon, czego dowodem postawa i działanie prezesa Sądu Okręgowego w Gdańsku. Sędzia Ryszard Majewski w sposób zasadniczy doprowadził do poderwania zaufania obywateli do władzy sądowniczej i ujawnił, że niezawisłość sędziowska jest fikcją, co narusza fundamenty demokratycznego państwa prawa.

     Kto z polskich obywateli zetknęła się bezpośrednio z sadownictwem w Polsce ma wyrobiony pogląd na sposób jego funkcjonowania. Istnieją dwie kategorie obywateli „równi wobec prawa” i „równiejsi”. Wymiar sprawiedliwości jest bezwzględny wobec zwykłych obywateli, a spolegliwy wobec tych, którzy mają „plecy” bądź układy. Jeżeli biedny emeryt przez niedopatrzenie dopuści się drobnego naruszenia prawa jest karany z całą surowością prawa, natomiast aferzysta czy złodziej działający na wielką skalę jest „nietykalny”. Poza tym sądy są swoiście nierychliwe, zbiurokratyzowane i ociężałe. Warto w tym kontekście sobie uświadomić, że w naszym kraju mamy jeden z najwyższych w Europie współczynników liczby sędziów (cieszących się szczególnymi przywilejami w tym specjalnym immunitetem zapewniającym w zasadzie w wielu przypadkach bezkarność ) na 100 tys. obywateli, a jednocześnie jeden z najdłuższych okresów rozpatrywania spraw przez sędziów… I to zarówno w sprawach karnych, cywilnych i gospodarczych. A przecież władza sądownicza powinna sprawie, szybko, skutecznie i sprawiedliwie rozstrzygać, a kara adekwatna do czynu i nieuchronna.

       Dziś widzimy jak naiwna była „gruba kreska” i koncepcja prof. Adama Strzembosza, że skompromitowane w okresie PRL środowisko sędziowskie „oczyści się samo”. Bo przecież wśród ówczesnych sędziów byli liczni członkowie PZPR, a także ludzie mniej lub bardziej oficjalnie współpracujący z brutalnym komunistycznym aparatem przymusu. Ci ludzie swoiście pojmowali niezawisłość sędziowską. Korporacja sędziowska nie usunęła sama z siebie ani jednej osoby za haniebne wyroki z okresu stanu wojennego czy z lat wcześniejszych, w których prześladowano niewinnych ludzi. No i mamy skutki, bo nawet jeśli już nie tak wielu sędziów z tamtych lat orzeka, to w okresie po 1989 roku mieli jednak wpływ na kształtowanie młodszego pokolenia. A czym skorupka nasiąknie za młodu, tym trąci na starość.  

    U progu III RP karierę zrobiła teza Andrzeja Szczypiorskiego i Adama Michnika o „współodpowiedzialności za komunizm”. Rzecz jasna  było to wygodne przede wszystkim dla ludzi związanych z układem peerelowskim, a występujących po obu stronach „okrągłego stołu”, a krzywdzące dla milionów zwykłych obywateli. Fałszywość i stronniczość  tej tezy polega na tym, że jej autorzy zamiast mówić o rzeczywistości PRL, mówią o sobie w PRL. Dlatego dziś ówcześni kaci mogą być przedstawiani jako ofiary, a ofiary jako kaci. Brak oceny moralnej naszej nieodległej przecież historii był jednym z największych błędów (zapewne zamierzonym przez zwolenników sojuszu „oświeconej” części „Solidarności” z „reformatorskim” skrzydłem PZPR). Bez tej oceny bardzo trudno jest odrelatywizować rzeczywistość i powrócić do normalności w Polsce, to znaczy usunięcia z życia społecznego tego, co jest sprzeczne i nienormalne według kryteriów cywilizacyjnych, w których przez wieki wzrastaliśmy.

Źródło: Dobry Znak 18(100)/2012