Opublikowano w kategorii: Bez kategorii

Dobry Znak: Obcy punkt widzenia jako własny

Skończyły się wakacje, życie polityczne wraca na czołówki gazet. Rozważając polskie niedole, niewykorzystane szanse, błędy, szkodliwe działania, zaniedbania czy zaniechania wypada choć przez chwilę się zastanowić nad jednym z czynników „niemocy”. Szczególnie w czasach kryzysu, gdy niestabilność sytuacji zwiększa poziom zamętu. A wiadomo, że w mętnej wodzie najlepiej się łowi ryby. Warto się zatem przyjrzeć technice działania określanej mianem agentury wpływu, szczególnie w obszarze medialno- informacyjnym  

Agenci wpływu (zawodowi, społeczni, „pożyteczni idioci” – jak mawiał Lenin, usłużni czy osoby zakompleksione) oczywiście w Polsce nie działają. To czysty przypadek, fakt bez znaczenia, że jakiś dziennikarz był na stypendium ufundowanym przez zagraniczną fundację, wysłał dzięki „miłym kontaktom” dzieci na zagraniczne studia, a naukowiec odbywał staż w cenionym ośrodku czy wykładał „za prawdziwe pieniądze” na prestiżowych uczelniach. A później takie osoby piszą czy mówią to, co mówią, albo działają – jeżeli są usytuowane w miejscu decyzyjnym – zgodnie z interesem swoich „dobroczyńców”. Ślady ich działań, które nierzadko są bardziej niszczące niż aktywność „zwykłych” agentów i są także bardzo trudne do wykrycia, bywają co najwyżej dostrzeżone dopiero po fazie wykonania.
Agenci wpływu to tak zwane kanały inspiracyjne. Działają niekiedy w sposób świadomy, niekiedy nieświadomy (a więc z tym większą wiarygodnością) – ale zgodnie z oczekiwaniami owych zakulisowych centrów. Są „naprowadzani” przez odpowiednie instrumenty (finansowe, prestiżowe ścieżki awansu do elitarnej grupy) czy wręcz przez wyrafinowane psychotechniki do „samodzielnego” prezentowania stanowiska zgodnego z oczekiwaniami nadawcy komunikatu. Ważną rolę odrywają pozyskane już wcześniej i wykreowane na „autorytety” osoby z kręgów opiniotwórczych oraz w  środowiskach dziennikarskich. Tym osobom sugeruje się tezy ich wystąpień i publikacji oraz umożliwia i zachęca do udziału w programach radiowych i telewizyjnych. Ponieważ jedną z cech działania ludzi mediów jest „instynkt stadny”, do efektywności działania agentury wpływu nie trzeba tabunu ludzi, bowiem w ciemno można przyjąć, że wypromowany wcześniej „autorytet” będzie bardzo mile witany i chętnie zapraszany do zabrania głosu.

Według znawców problematyki proces tracenia suwerenności informacyjnej przez dane państwo odbywa się wielofazowo. W pierwszej kolejności podejmowana jest próba uzyskania wpływu na treści upowszechniane przez media. W Polsce na przykład znaczna część prasy należy do niemieckich wydawców. Przed kilku laty w Instytucie Spraw Publicznych został opublikowany opracowany przez prof. Beatę Ociepko, Agnieszkę Ładę i Jarosława Ćwiek-Karpowicza obszerny raport zatytułowany „Polityka europejska Warszawy i Berlina w prasie niemieckiej i polskiej”. Przeprowadzone badania miały na celu określenie, w jaki sposób prasa Polski i Niemiec przedstawiała i oceniała politykę europejską obu krajów. Przedmiotem analizy był zatem sposób prezentacji przez media drukowane działań drugiego kraju i kwestii ogólnoeuropejskich. Im wyżej małpa wejdzie, tym bardziej widać, że ma ogon – F. Cooper
Z badań jednoznacznie wynika, że nie zdarzyło się, aby dziennikarze i komentatorzy niemieccy używali argumentacji strony polskiej jako swojej. Owszem cytowali stanowisko polskich władz, ale nie utożsamiali się z nim, a najczęściej je krytykowali. Natomiast w prasie polskiej, w bardzo wielu przypadkach, stanowisko rządu niemieckiego było tożsame z osobistą opinią autora publikacji ukazującej się w Polsce. Innymi słowy niektórzy z autorów przedstawiali niemiecki punkt widzenia jako własny. Z badań również jasno wynika, że relacje mediów niemieckich i polskich do własnych rządów nie są symetryczne. Media funkcjonujące w Niemczech w całej rozciągłości utożsamiają się z polityką własnego rządu, a wokół tego, co należy do pryncypiów niemieckiej polityki i zdefiniowania niemieckiego interesu narodowego panuje powszechna zgoda. Tymczasem media funkcjonujące w Polsce są w tych sprawach podzielone. Nierzadko wyrażają poglądy sprzeczne z polityką władz polskich i nie utożsamiają się z polską racją stanu.
Jakby na sprawę nie patrzeć to faktem jest, że krytykowanie niezależnej polskiej polityki zagranicznej przez prasę ukazującą się w Polsce w oparciu o tezy prasy niemieckiej – która z reguły przemawia głosem rządu niemieckiego zawsze mającego rację – to dość powszechne zjawisko. Trzeba przy tym pamiętać, że jeśli się uwzględni prasę regionalną, to w zdecydowanej większości rynek dzienników i tygodników w Polsce jest kontrolowany przez kapitał zagraniczny w tym dominujący niemiecki. Gdy media niemieckie chwalą Polskę, a w ślad za nimi znaczna część mediów w Polsce – to znak, że jesteśmy „proeuropejscy” i podążamy „jedynie słuszną drogą”. Gdy napiętnują, bo na przykład polskie władze zdobyły się na śmiałość i upominają się o nasze sprawy, to niechybny sygnał, że schodzimy na „złą drogę”, w Polsce odżywają „demony przeszłości”, a polska dyplomacja zatraciła „ducha dialogu”.

Jeżeli polskie władze wyrażają zaniepokojenie niemieckim roszczeniami, czy rewizjonizmem historii i wybielaniem niemieckiej odpowiedzialności za dziesiątki milionów ofiar II wojny światowej, to natychmiast są ośmieszani czy prezentowani jako przedstawiciele „teorii spiskowej” czy „fobii antyniemieckiej”.

Źródło: Dobry Znak 16(98)/2012