Opublikowano w kategorii: Bez kategorii

Nasz Dziennik – Orzeł i reszka: Donald Pinokio

Afera związana z trójmiejskim oszustem Marcinem P. przypomina klasyczny film grozy Alfreda Hitchcocka. Na początku mamy wstrząsające morderstwo, potem następują niespodziewane zwroty akcji i napięcie tylko rośnie. Okazuje się, że ci, którzy o przestępstwie niby nic nie wiedzieli, mijali się z prawdą i chcieli ukryć swoją rzeczywistą rolę w zbrodni. Z otwartej szafy wypadają kolejne ofiary zbrodni, podejrzani okazują się niewinni, a posiadaczom „żelaznego” alibi zaczynają być stawiane zarzuty.

Donald Tusk 14 sierpnia podczas pierwszej konferencji prasowej dotyczącej afery Amber Gold, ustosunkowując się do pytania, czy miał wiedzę od służb specjalnych dotyczącą tej piramidy finansowej, powiedział: „Sugestia, że mogłem mieć tajne informacje (…), jest – delikatnie mówiąc – niemądra i nawet nieprzyzwoita”. Po czym okazało się, że już 24 maja w kancelarii premiera była tajna notatka opracowana przez funkcjonariuszy Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, w której informowano szefa rządu o nieprawidłowościach w spółce Amber Gold. Wypowiedź Donalda Tuska to nic innego jak „niemądre i nieprzyzwoite” kłamstwo i tchórzostwo, by uchylić się od odpowiedzialności. W ponadczasowej bajce Carla Collodiego występuje drewniany pajacyk o wdzięcznym imieniu Pinokio, który ma zdolność odczuwania ludzkich emocji i słabości. Za dobre czyny jest nagradzany, a za złe karany, zaś jego cechą charakterystyczną jest nos, który automatycznie wydłuża się, gdy pajacyk kłamie. Czy po 14 sierpnia nos szefa rządu RP nie jest zdecydowanie dłuższy? Czy obywatele – zwłaszcza ci, którzy przez brak ostrzeżenia ze strony rządzących zostali oszukani na setki milionów złotych – mają prawo nazywać Donalda Tuska Donaldem Pinokio? Nie jest to śmieszne, raczej straszne. Rządzenie państwem bowiem to nie jest bajka, ale służba na rzecz dobra wspólnego oraz prawo, zasady i standardy, które stanowią podstawę demokracji. Afera Amber Gold ma pewne podobieństwa ze słynną aferą starachowicką z czasów rządów Leszka Millera. W 2003 r. opinia publiczna dowiedziała się, że grupa wysokich funkcjonariuszy państwa ostrzegała przestępców przed działaniami policji. W aferę był zamieszany wiceminister spraw wewnętrznych, komendant główny policji, posłowie na Sejm RP z SLD, radni SLD i lokalne władze. Afera Amber Gold to nie tylko pytania o „zaniedbania” wymiaru sprawiedliwości i służb odpowiedzialnych za bezpieczeństwo, ale również o udział w sprawie tak zwanego układu gdańskiego, a więc działającej nieformalnie grupy ludzi z Trójmiasta powiązanych towarzysko, biznesowo i politycznie, cieszących się parasolem ochronnym ze strony ludzi mających wpływy w obozie rządzącym krajem i w służbach specjalnych. Swoistym memento dla ludzi władzy jest słynna afera Watergate, która wybuchła w 1973 roku w USA i doprowadziła do dymisji prezydenta Nixona. Na początku też wszystko było zamiatane pod dywan, bo nie udało się wykazać powiązania ludzi podejmujących nielegalne operacje, w tym włamania i podsłuchy w siedzibie opozycji, z administracją prezydencką. Lecz z czasem opinia publiczna poznawała coraz więcej informacji, które skompromitowały urzędującego prezydenta i zmusiły go do opuszczenia Białego Domu. „Nie ma bowiem nic ukrytego, co by nie miało być ujawnione, ani nic tajemnego, co by nie było poznane i na jaw nie wyszło” (Łk 8, 17).

Źródło: Nasz Dziennik, Sobota-Niedziela, 8-9 września 2012, Nr 210 (4445)