Opublikowano w kategorii: Bez kategorii

Nasz Dziennik – Orzeł i reszka: Po Euro

W zeszłą sobotę miała być wielka feta. Większość Polaków, nie kryjąc narodowej dumy, całym sercem kibicowała naszym. Niestety, nie wszyscy zdawali sobie sprawę, jak te nastroje chcieli zawłaszczyć do swoich politycznych celów rządzący naszym krajem. Za pośrednictwem usłużnych mediów głównego nurtu przedstawiciele władzy sprawę ustawili następująco: radość z bycia Polakiem i wspieranie naszej drużyny są jednoznaczne z poparciem dla PO.
Rozgrywany we Wrocławiu mecz „o wszystko” Polska – Czechy miał stanowić ukoronowanie tej megalomańskiej propagandy sukcesu przedsiębiorstwa reklamowego działającego pod nazwą handlową „Rząd Donalda Tuska”. Ta firma jest zarządzana od strony PR przez sekretarza stanu w kancelarii premiera Igora Ostachowicza (ur. 1968), autora pornograficznej książeczki, który najwyraźniej z dzieciństwa dobrze zapamiętał propagandę sukcesu Edwarda Gierka i bardzo się w nią zapatrzył.
Wszystko było przygotowane. Szampan odpowiednio schłodzony, prezydent i premier na trybunach, a w tle inni dygnitarze i ich totumfaccy z biznesu i okolic. Ordery ułożone według hierarchii na poduszkach: dla trenera Franciszka Smudy, działaczy i nomenklatury ze spółek powołanych na czas Euro, a na końcu dla piłkarzy. Było przygotowane specjalne orędzie do Narodu Donalda Tuska, który zwycięstwo wrocławskie miał określić „jako największe w historii Polski”. Prorządowe stacje telewizyjne miały to transmitować na żywo i powtarzać we wszystkich programach informacyjnych. Przygotowano również tryumfalną sieczkę propagandową, której celem było pranie mózgów Polaków przez najbliższe miesiące, tak by odwrócić ich uwagę od spraw ważnych i bolesnych. To nic, że Polska wymiera, że mamy pracować do śmierci, dochody ludzi spadają, powiększa się obszar ubóstwa. To nic, że służba zdrowia jest w rozsypce, państwo nie jest w stanie realizować narodowych interesów Polaków i jest żałośnie niepoważne na arenie międzynarodowej, nie potrafi wyjaśnić katastrofy smoleńskiej. To nic, że zamówienia publiczne to obszar patologii korupcji, że autostrady i drogi nie zostały zbudowane, przepłacono roboty, a oszukano podwykonawców, że jednocześnie szastano pieniędzmi, by „swoi” dobrze zarobili i wiedzieli, komu to zawdzięczają. Miało być wspaniale, wyszło – jak zwykle.
Bo to, że Donald Tusk zamiast dobrze rządzić krajem, kopie z kolegami piłkę, nie oznacza jeszcze, że potrafi wykorzystać szansę, jaką było Euro. Premier potrzebował sukcesu polskich piłkarzy na Euro bardziej niż Edward Gierek. Chodziło o to, by uciec w pozory przed realnymi problemami i odłożyć w czasie niepokoje i konflikty społeczne wywołane nieudolnymi rządami obecnej ekipy. Sukcesu jednak nie było, nasza reprezentacja zajęła ostatnie miejsce w najsłabszej grupie. Ekipa Tuska i jej propagandziści zamiast traktować turniej Euro jako wielkie widowisko sportowe, sprowadzili to wydarzenie do logiki znanej z republik bananowych Ameryki Łacińskiej. Ryszard Kapuściński w „Wojnie futbolowej” jakże trafnie zauważył: „Granica między futbolem a polityką jest niezmiernie wąska. Długa jest lista rządów, które upadły (…), ponieważ drużyna narodowa poniosła klęskę”. Jakże aktualne są te słowa. Teraz, gdy po zakończeniu turnieju Polacy zjednoczyli się wokół Orła Białego, a nie rządu, wrócą ze zdwojoną siłą stare polskie biedy i nastąpi gorąca jesień.

Źródło: Nasz Dziennik, Sobota-Niedziela, 23-24 czerwca 2012, Nr 145 (4380)