Opublikowano w kategorii: Bez kategorii

Dobry Znak: W kręgu korupcji

Opinia publiczna dowiaduje się coraz więcej o bodaj największej aferze korupcyjnej w całej historii III RP, obfitej przecież w wydarzenia korupcyjne. Chodzi o sektor informatyczny i straty sięgające miliardów zł.  

Komisja Europejska, ze względu na korupcję w strukturach Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, wstrzymała wypłatę 3,7 miliarda zł na informatyzację administracji. Jak informują niezależne media, mechanizm działania był prosty: w zamian za gwarancję pracy i korzyści materialne pracownicy największych instytucji publicznych, włącznie z MSWiA, ZUS, policją i strażą pożarną, podpisywali z firmami kontrakty na niebotyczne sumy, z aneksami uniemożliwiającymi w praktyce ich zerwanie.

Afera jest rozwojowa, co potwierdza szef CBA, a w kręgu korupcji znalazły się najwyżsi urzędnicy państwowi oraz szefowie największych firm informatycznych. Już dziś wiadomo, że obecny rząd jest w tym obszarze jeszcze bardziej nieudolny, niekompetentny niż w budowie dróg. Polska jest jedynym krajem w całej UE, do którego stolicy nie ma autostrady – i to nie z powodu braku pieniędzy, ale żałosnej nieporadności. Ponadto polski rząd stworzył warunki do rozwoju mega-korupcji.
A przecież, gdy Donald Tusk dochodził do władzy, obiecywał zdecydowaną walkę z korupcją. Była nawet minister Pitera, która kwieciście, ale bez żadnych konkretów przez 4 lata „lała wodę” i opowiadała, jak rząd przeciwdziała patologiom, choć jedynym jej „sukcesem” było wytropienie, że jeden z wysokich urzędników kupił na służbową kartę płatniczą dorsza za 8 zł 17 gr!

Ta pozoracja działań ułatwiła rozplenienie się mechanizmów korupcyjnych w administracji publicznej. Dziś widać gołym okiem, że właściwie CBA powinno przebadać każdą ustawę w jakikolwiek sposób ocierają- cą się o sferę informatyzacji, przeprowadzoną w parlamencie w czasach Tuska. Na przykład ustawę o systemie informacji w oświacie, która nakłada skandaliczny i niekonstytucyjny obowiązek totalnego inwigilowania każdego ucznia i gromadzenia danych wrażliwych o nim i jego rodzinie. Ustawa sprawia wrażenie, jakby została napisana pod konkretne firmy informatyczne, które dysponują stosownymi aplikacjami do śledzenia każdego ucznia.

Od 1989 roku fundamentalnym problemem Polski jest korupcja i niejasne powiązania między polityką i biznesem. W III Rzeczpospolitej robi się „to” już na wielką skalę. Mechanizmy życia politycznego oraz jego finansowanie sprzyjają zjawiskom kryminogennym i tworzą pokusę traktowania infrastruktury gospodarczej w Polsce jako „poddanego”, który aby żyć, musi się opłacać partiom politycznym.
Patologiczne zjawiska prowadzą do tworzenia systemu oligarchicznego, zbliżonego do standardu republik bananowych w Ameryce Łacińskiej. Czy powstanie na przestrzeni kilku lat gigantycznych fortun polskich rekinów biznesu to efekt mrówczej pracy od pokoleń, czy może układów i „dojścia” do najważniejszych polityków?

Już na początku lat dziewięćdziesiątych gołym okiem było widoczne, że zmierzamy w stronę państwa przeżartego nieformalnymi układami i korupcją. Nieustannie się dowiadywaliśmy o nieprawidłowościach, przekrętach, łapownictwie, złodziejstwie, sitwie, które były i są – niestety! – prozą naszego życia codziennego. W naszym kraju mamy kleptokrację. Polega ona na faktycznym przyzwoleniu, by na przykład wygrywanie intratnych przetargów, dochodowe kontrakty ze Skarbem Państwa, pozyskiwanie atrakcyjnego mienia z zasobów państwowych i samorządowych, zbieranie podatków, ceł, prywatyzowanie majątku państwowego i stanowienie prawa było nagminnie przeżarte korupcją.
Elementem typowej kleptokracji są miliardy dolarów zarobione na przestępczych programach prywatyzacyjnych. Przy tego rodzaju interesach kręciły się wąskie elity, działające nierzadko wspólnie z lokalnymi mafiami i urzędnikami administracji publicznej, które za bezcen przejmowały kontrolę nad państwowym majątkiem.

W amerykańskich kręgach biznesowych krąży anegdota na temat różnicy między pełną a cząstkową kleptokracją. Minister infrastruktury jednego z państw afrykańskich składa wizytę swemu azjatyckiemu koledze. Dom ministra to okazały pałac, więc zaintrygowany Afrykańczyk pyta:
– Jak mogłeś sobie pozwolić na taki standard przy twojej pensji?
– Zobacz ten most – odpowiada Azjata, wskazując palcem widok przez okno. – To u mnie kosztuje dziesięć procent.
Następuje rewizyta. Azjata odwiedza afrykańskiego kolegę i jest zaskoczony, bo przy rezydencji Afrykańczyka jego własna rezydencja to kurnik.
– Jak do tego doszedłeś przy twoim uposażeniu – pyta zadziwiony.
– Widzisz ten most?
– Nie – odpowiada zdezorientowany Azjata. – Tu nie ma żadnego mostu.
– Ale za to u mnie jest sto procent!

Ten ponury dowcip wart jest szczególnego przemyślenia w kontekście ostatnich doniesień o mega-korupcji w sektorze informatycznym. Wynika z nich, że przesuwamy się wyraźnie w stronę modelu afrykańskiego i już jesteśmy za Białorusią.

 

Źródło: Dobry Znak , nr 10/2012