Opublikowano w kategorii: Bez kategorii

Orzeł i reszka: Przypadek Mikołaja Dowgielewicza

U schyłku I Rzeczypospolitej wysługiwanie się obcym mocarstwom za ruble czy talary przez niektórych było uznawane za przejaw „patriotyzmu” i obronę „odwiecznych wolności”. W XIX w. niektórzy Polacy wiernopoddańczo służyli zaborcom, znajdując bardzo często „szlachetne” wallenrodyczne uzasadnienie dla swojej postawy. PRL to istne studium zaprzedania się Moskwie, które było sprzedawane jako „konieczność dziejowa” w otoczce swoistej dialektyki „mniejszego zła”. Jak widać, niestety, mamy ponad 200-letnią tradycję kolaboracji, zdrady, zaprzaństwa.

W III RP też mamy ciekawe przypadki. Niekiedy z mediów dowiadujemy się o współpracownikach obcych służb specjalnych. Gołym okiem jest widoczne zjawisko agentury wpływu. Agenci wpływu działają niekiedy w sposób świadomy, niekiedy nieświadomy (a więc z tym większą wiarygodnością) – ale zgodnie z oczekiwaniami owych zakulisowych centrów. Są „naprowadzani” przez odpowiednie instrumenty (finansowe, prestiżowe, ścieżki awansu do elitarnej grupy) czy wręcz przez wyrafinowane psychotechniki do „samodzielnego” prezentowania stanowiska zgodnego z oczekiwaniami nadawcy komunikatu. Globalizacja, integracja europejska, a także wejście Polski do Unii Europejskiej oraz innych struktur międzynarodowych stawia jak najbardziej uzasadnione pytanie o granice lojalności wobec Polski urzędników państwowych i osób sprawujących funkcje publiczne.

Ciekawy jest przypadek Mikołaja Dowgielewicza, sekretarza stanu w MSZ. Odpowiada on za politykę europejską i jest jednym z głównych architektów spolegliwej wobec Brukseli (której był urzędnikiem) i wasalnej wobec Berlina (od którego zależą najlepsze posady w strukturach europejskich) polityki rządu Donalda Tuska. To on programował prezydencję polską w UE, on brał udział w negocjacjach fatalnego dla Polski paktu fiskalnego. O Mikołaju Dowgiele- wiczu było głośno przed 4 laty, gdy toczyła się debata nad ratyfikacją osłabiającego pozycję Polski w UE traktatu lizbońskiego. Wtedy pojawiła się informacja, że ówczesny szef Komitetu Integracji Europejskiej – który miał dbać o interesy Polski w Komisji Europejskiej – jest jednocześnie pracownikiem Komisji Europejskiej na urlopie bezpłatnym. Z tej pracy nie zrezygnował i miał zagwarantowany powrót na równorzędne – oczywiście znakomicie opłacane – stanowisko. Warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden istotny element ujawniony 4 lata temu, że Mikołaj Dowgielewicz miał wtedy do spłacenia kredyt w wysokości ponad 320 tys. euro zaciągnięty podczas pracy dla struktur europejskich. Wówczas nawet zajmująca się korupcją Grażyna Kopińska z Fundacji Batorego uważała, że minister nie może się zdecydować, czyim jest urzędnikiem. Widoczny był więc klasyczny konflikt interesów, bo w takiej sytuacji, gdy wystąpi różnica zdań między Warszawą a Brukselą, to Mikołaj Dowgielewicz być może nie będzie twardo negocjował, by nie narażać się Komisji Europejskiej.

Od 2 maja Mikołaj Dowgielewicz rozstaje się z pracą w rządzie Donalda Tuska i będzie pełnił funkcję wicegubernatora Banku Rozwoju Rady Europy. Bez poparcia Berlina nie dostałby tej sowicie wynagradzanej posady. Mikołaj Dowgielewicz jest kojarzony z tzw. korporacją Geremka, a więc grupą osób wprowadzoną do służby dyplomatycznej i struktur państwa zajmujących się integracją europejską przez tego byłego ministra spraw zagranicznych. W przeszłości Dowgielewicz był szefem zespołu ds. zagranicznych Unii Wolności, pracował m.in. w gabinecie politycznym ministra spraw zagranicznych Bronisława Geremka, był członkiem Rady Politycznej Unii Wolności.

Jan Maria Jackowski

Nasz Dziennik, nr 88 z 14/15.04.2012