Opublikowano w kategorii: Bez kategorii

Tylko silna Polska

Tylko silna Polska

Analizując przebieg jubileuszu 70-lecia wybuchu II wojny światowej na Westerplatte oraz aktualne stosunki międzynarodowe, trudno nie zauważyć, że zmieniła się sytuacja geopolityczna Polski. Dobrze się zatem stało, że odbyły się te uroczystości, które w błysku fleszów ujawniły nowe-stare trendy oraz tendencje niebezpieczne dla Polski. Tak jak nas nie ochroniły gwarancje brytyjskie i francuskie w 1939 roku, tak samo dziś członkostwo w Unii Europejskiej oraz NATO wcale nie jest gwarancją naszej niepodległości i suwerenności.

Obchody 1 września ukazały w pełni, jak współczesne kraje wykorzystują przeszłość do uprawiania polityki historycznej. I mimo że straszliwe totalitaryzmy XX wieku: hitleryzm i komunizm, upadły, nie oznacza to, że w dzisiejszej Europie odeszła w przeszłość pokusa manipulowania historią i jej relatywizowanie oraz ideologizowanie dla celów bieżącej polityki. Najwyraźniej nadal żywa – i to nie tylko w Federacji Rosyjskiej – jest doktryna Michaiła Nikołajewicza Pokrowskiego (1868-1932), rosyjskiego historyka-marksisty, a w latach 1918-1932 zastępcy ludowego komisarza oświaty i kultury, który głosił, że historia to polityka, ale uprawiana wstecz. Tymczasem w Polsce w wielu środowiskach kwestionuje się potrzebę tworzenia polskiej polityki historycznej i silny jest tzw. nurt antyhistoryczny. A przecież tendencje u naszych sąsiadów są zupełnie odwrotne.
Prezydent Lech Kaczyński, komentując w radiu publicznym przebieg jubileuszu 70-lecia, przestrzegał przed nową odsłoną Paktu Ribbentrop – Mołotow. Dodał, że wątpi, by w Europie mogła wybuchnąć kolejna wojna, chociaż „nic nie jest wykluczone”. Stwierdził: „Ale to nie oznacza, że niektóre państwa nie mogą być całkowicie zdominowane przez obce wpływy”. Prezydent nie powiedział wprost, kogo się obawia. Ale z jego słów jasno wynikało, że miał na myśli Rosję i Niemcy. Europa – jak zauważył prezydent – też nie jest taka sama. Unia Europejska powstała po to, by uchronić kontynent właśnie od powtórki z 1939 roku.
Brak jasnej, spoistej, konsekwentnej i wspólnej polityki całej Unii Europejskiej wobec Moskwy oraz brak jednolitej linii polskich elit politycznych wobec naszego wschodniego sąsiada jest niepokojącym symptomem. Tym bardziej że objawia się coraz ściślejsza współpraca między Rosją (która nie jest w UE ani w NATO) a Niemcami (które są najsilniejszym członkiem UE oraz bardzo ważnym członkiem NATO). Czy zatem obawy głowy państwa są słuszne?

Pochwała rozbiorów
Premier Federacji Rosyjskiej w swoim przemówieniu na Westerplatte wypowiedział bardzo charakterystyczne słowa: „Wojna [chodzi o II wojnę światową] ma swój początek w traktacie wersalskim, który doprowadził do poniżenia Niemiec po zakończeniu I wojny światowej”. Tym samym Władimir Putin – który konsekwentnie od lat prowadzi politykę odbudowy imperium rosyjskiego i stworzenia na terenach byłych republik sowieckich oraz krajów satelickich skonsolidowanej strefy wpływów Moskwy, interpretując przyczyny wojny – wsparł niemiecki punkt widzenia. Pośrednio potwierdził alibi dla polityki Hitlera, a także usprawiedliwił Stalina i pakt Ribbentrop – Mołotow. Nie bez powodu, bo Moskwa zdaje sobie sprawę z tego, że dla realizacji swej mocarstwowej polityki potrzebuje najsilniejszego państwa Unii Europejskiej, z którym musi się podzielić strefami wpływów w Europie Środkowowschodniej.
To w Niemczech w okresie międzywojennym we wszystkich środowiskach politycznych dominował pogląd, że kraj ten został wyjątkowo źle potraktowany przez traktat wersalski, a „państwa sezonowe”, takie jak Polska, powinny zniknąć z mapy Europy. Takich tez propagandowych używał również Adolf Hitler. Współczesny historyk niemiecki prof. Heinrich August Winkler mówi o tym otwarcie i bardzo jasno: „Nastawienie Niemiec do Polski było, mówiąc delikatnie, niezbyt pozytywne. Niemcy uważali się za skrzywdzonych traktatem wersalskim i nie mieli poczucia winy w związku z poprzedzającymi wojnę rozbiorami Polski. Wynikało to z polityki i propagandy okresu Bismarcka, nie mówiąc już o okresie wilhelmińskim, kiedy większość Niemców była przekonana o wyższości własnej kultury nad polską. Można wręcz mówić o rasistowskim nastawieniu wobec Słowian”. I mimo dramatu II wojny światowej nadal przedstawiciele różnych środowisk politycznych podzielają podobny sposób myślenia o Polsce.
Władimir Putin, mówiąc o traktacie wersalskim jako o przyczynie wybuchu II wojny światowej, stwierdził tym samym, że zarówno Niemcy, jak i Rosja mają szczególne prawo do uprawiania agresywnej imperialnej polityki ekspansji i aneksji kosztem innych narodów i państw. Premier Rosji potwierdził też słuszność rozbiorów Polski w XVIII wieku. Nie bez przyczyny współpraca niemiecko-rosyjska na polu likwidacji państwa polskiego w 1939 r. bywa nazywana IV rozbiorem Polski.

Wielka Europa
Przemówienie Putina zostało poprzedzone publikacją jego przesłania do Polaków w „Gazecie Wyborczej”. Oba wystąpienia stanowią pewną całość oraz zapowiedź istotnych przesunięć w polityce europejskiej. Premier Rosji, co prawda, w swoim tekście potępił pakt Ribbentrop – Mołotow, ale jednocześnie uzasadnił konieczność jego zawarcia. Obarczył jednak winą za ten zbrodniczy układ państwa zachodniej Europy, które kooperowały z Hitlerem i pozostawiały osamotniony Związek Sowiecki. Usprawiedliwiał agresję i ekspansjonizm Niemiec faktem, że traktat pokojowy z 1919 r. pozostawił mnóstwo „ładunków z opóźnionym zapłonem”, z których najważniejszy „to nie tylko fakt klęski Niemiec, lecz również ich upokorzenie”.
Najistotniejszy fragment przesłania Putina dotyczy porównania obecnych stosunków niemiecko-rosyjskich do relacji niemiecko-francuskich po II wojnie światowej. Premier Rosji napisał: „Powojenne pojednanie historyczne Francji i Niemiec utorowało drogę do powstania Unii Europejskiej. Z kolei mądrość i wspaniałomyślność narodów rosyjskiego i niemieckiego oraz przezorność działaczy państwowych obu krajów pozwoliły uczynić zdecydowany krok w kierunku budowy Wielkiej Europy. (…) I dzisiaj rosyjsko-niemiecka współpraca odgrywa wielce ważną, pozytywną rolę w polityce międzynarodowej i europejskiej”.
Według Putina, Unia Europejska zostanie zatem zastąpiona przez kondominium niemiecko-rosyjskie określone jako „Wielka Europa”. Z wywodu premiera Rosji wynika, że Niemcy i Rosja już przeszły do etapu realizacji projektu stworzenia nowego ładu europejskiego i Polska może co najwyżej do niego przystąpić, ale na warunkach określonych przez Berlin i Moskwę. Wspólna budowa Gazociągu Północnego stanowi próbę generalną. Czyżby zatem brukselski projekt europejski był zaledwie wstępem do tworzenia „Wielkiej Europy składającej się z 'Wielkich Niemiec' i z 'Wielkiej Rosji'”?
Nie przypadkiem Władimir Putin swoje słowa na Westerplatte kierował do Niemców i Rosjan ponad głowami Polaków. Nie przypadkiem ogłoszenie tej nowej konstrukcji odbyło się 1 września w miejscu wybuchu II wojny światowej, ale również kolebki „Solidarności”, która wyzwoliła impulsy do zakończenia zimnej wojny i zjednoczenia Niemiec. Tak jak w okresie powojennym silne były impulsy do tworzenia w oparciu o współpracę francusko-niemiecką wspólnej Europy, tak dziś, gdy rewizjonizm historyczny reinterpretuje historię Europy, Niemcy i Rosja poczuły się na tyle silne, aby ujawnić europejskiej opinii publicznej swoje cele i dać do zrozumienia, że dotychczasowy ład europejski musi ulec zmianie.
Istotę „Wielkiej Europy” wyjaśnił w ubiegłym roku prezydent Federacji Rosyjskiej Dmitrij Miedwiediew. W świetle tej koncepcji ład globalny powinien być wielobiegunowy. Rola USA w polityce światowej powinna się zmniejszyć, wzmocnić ma się natomiast pozycja Europy, a szczególnie Rosji. Główni gracze światowi winni uznać dawne republiki i kraje satelickie za strefę „uprzywilejowanych interesów” Moskwy. Niemcy stały się najważniejszym partnerem USA w Europie kontynentalnej. Równocześnie, by potwierdzić status mocarstwa, konsekwentnie zabiegają o stałe członkostwo w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, a także prowadzą politykę mającą na celu wycofanie wojsk amerykańskich (pozostałość II wojny światowej) ze swego terytorium. Solidarnie z Rosją pracują na rzecz minimalizowania obecności amerykańskiej w Europie.
Wspólnota poglądów i celów Moskwy i Berlina stanowi bardzo silne spoiwo współpracy. To współdziałanie mogące stanowić polityczne zagrożenie dla Polski jest ostrzeżeniem nie tylko dla niej, ale także innych krajów europejskich. Co prawda Władimir Putin dał sygnał, że Moskwa uwzględnia w swoich planach Warszawę, ale na własnych zasadach. Już pojawiły się wypowiedzi polityków niemieckich oraz komentarze w prasie niemieckiej, w których sugerowano, że Niemcy mogą być negocjatorem między Polską a Rosją. Zgodnie z zasadą, że skoro stosunki niemiecko-rosyjskie są lepsze niż polsko-rosyjskie, a stosunki polsko-niemieckie są dobre, więc w sposób niejako naturalny Berlin powinien odgrywać rolę pośrednika w dialogu między Warszawą a Moskwą. Cytowany przez „Deutsche Welle” Karl-Georg Wellmann, odpowiedzialny w klubie poselskim CDU/CSU za stosunki bilateralne z Polską, wysoko ocenia współpracę niemiecko-rosyjską: „Nasza współpraca rozwija się do tej pory wedle zasady 'handel i transformacja' („Handel und Wandel”). Ale to jeszcze nie jest szczyt możliwości”.

Koniec polityki złudzeń
Obecności i absencje podczas obchodów jubileuszu 70-lecia stanowią ważną wskazówkę, jaki stosunek do Polski oraz do tragicznej przeszłości Europy mają poszczególne kraje. Znamienne, że na Westerplatte nie było prezydenta Francji i premiera Wielkiej Brytanii, a więc najważniejszych rangą przedstawicieli państw sojuszniczych Polski w 1939 roku. Londyn i Paryż najwyraźniej uznały, że Europa Środkowowschodnia to obszar tradycyjnej aktywności Berlina i Moskwy i szkoda czasu na przyjeżdżanie. Zresztą już raz zostało powiedziane: „Nie będziemy umierali za Gdańsk”. Désintéressement Francji i Wielkiej Brytanii oraz lekceważący stosunek ze strony USA (brak Baracka Obamy, Joego Bidena czy Hillary Clinton i wielotygodniowa łapanka, kogo wysłać do Polski) jest kolejną wskazówką, że coś się zmienia na mapie geopolitycznej.
Dla USA II wojna światowa rozpoczęła się 7 grudnia 1941, a nie 1 września 1939 roku. Amerykanie o uroczystościach mogli się dowiedzieć co najwyżej z małych notek, w których jednak pisano bardziej o wizycie Putina niż o jubileuszu 70-lecia. Obecna administracja Białego Domu zmienia swoją politykę zagraniczną. Coraz bardziej wycofuje się z Europy, co z zadowoleniem jest przyjmowane w Berlinie i w Moskwie oraz w różnych środowiskach europejskich posiadających olbrzymie wpływy i nastawionych antyamerykańsko. USA potrzebują Rosji dla swoich globalnych rozgrywek na Bliskim Wschodzie, w tym przede wszystkim z Iranem i w Azji, gdzie coraz potężniejsze są Chiny. Dlatego rakiem wycofały się z drażniącego Rosję projektu tarczy antyrakietowej.
Oficjalnie prezydent Obama przedstawił swoje stanowisko w sprawie tarczy 17 września, a więc w dniu 70. rocznicy bestialskiej napaści Rosji sowieckiej na Polskę i dokonanego przez Hitlera i Stalina IV rozbioru Rzeczypospolitej. Ta decyzja została uznana za akt kapitulacji Waszyngtonu i wielkie zwycięstwo Moskwy, która konsekwentnie i – jak widać – skutecznie zablokowała tarczę. W ten sposób Rosja wzmocniła swoją pozycję w Europie i w relacjach ze Stanami Zjednoczonymi, a nasze bezpieczeństwo – oparte na sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi – uległo pogorszeniu. Waszyngton złamał przy tym własne i podpisane z Polską oraz Czechami zobowiązania, podważając swoją wiarygodność. A styl i forma poinformowania strony polskiej świadczą o lekceważącym stosunku obecnej administracji do Polski.
Charakterystyczne były reakcje przedstawicieli państw, które 70 lat temu były naszymi wrogami oraz tych sojuszniczych. Kanclerz Merkel i premier Wielkiej Brytanii przyjęli z zadowoleniem decyzję USA, prezydent Francji entuzjastycznie oświadczył: „To doskonała decyzja z każdego punktu widzenia. Mam nadzieję, że nasi rosyjscy przyjaciele przywiążą do niej dużą wagę”. W Moskwie nie ukrywano satysfakcji, a państwowe media amerykańską decyzję uznały za „fiasko antyrosyjskiej polityki”. Prezydent Rosji Dmitrij Miedwiediew bardzo ciepło przyjął oświadczenie prezydenta USA Baracka Obamy o – jak to ujął – „korekcie podejścia USA do problemu systemu obrony przeciwrakietowej”. Symbolika 17 września nabiera zatem zaktualizowanego odniesienia.
Jeszcze niedawno polscy politycy przekonywali nas, że relacje z Waszyngtonem są oparte niemal na statusie Polski jako „strategicznego partnera” USA w regionie. Porównywano nasze stosunki do szczególnych relacji amerykańsko-izraelskich opartych faktycznie na uznaniu Tel Awiwu za strategicznego sojusznika Waszyngtonu na Bliskim Wschodzie. Towarzyszyło temu nasze bezkrytyczne zaangażowanie po stronie Wuja Sama, okraszone polityką pustych gestów i wzajemnego poklepywania, co wyjątkowo słono kosztowało polskiego podatnika. Byliśmy jednym z najwierniejszych sojuszników w ogólnie antyamerykańskiej Europie, płacąc za to ogromne koszty polityczne i gospodarcze.
Sternicy polskiej polityki zagranicznej na przestrzeni ostatniej dekady wykazali się nieumiejętnością samodzielnego i elastycznego działania w oparciu o realia polityki międzynarodowej oraz konstruowanie strategii alternatywnych. Projekt budowy tarczy uznano za panaceum na wszelkie problemy i na nim oparto sens współpracy ze Stanami Zjednoczonymi w sferze bezpieczeństwa. Mają rację ci analitycy, którzy zwracają uwagę, że tarcza, czyli globalny system mający na celu ochronę terytorium USA (a nie Polski i Czech), sama w sobie nie służy bezpieczeństwu Polski. Zamiast koncentrować się zatem na samej tarczy, należało przede wszystkim zadbać o precyzyjne sformułowanie dwustronnej polsko-amerykańskiej agendy, w której zawarte byłyby wiarygodne gwarancje polityczne dla Polski oraz takie instalacje wojskowe, które rzeczywiście służyłyby obronie naszego kraju.
Obecnie gołym okiem widać, że strategicznym partnerem dla Waszyngtonu w Europie oficjalnie jest cała Unia Europejska. W rzeczywistości jednak Rosja oraz Niemcy jako największy kraj UE. 17 września nastąpił koniec bezkrytycznej polityki złudzeń i okazało się także, jak niewiele wynika dla Polski ze współpracy z Wujem Samem. Nawet najwięksi entuzjaści niegdysiejszego „strategicznego sojuszu” przyznają, że wydaliśmy miliardy dolarów na zakup zawodnych F-16 i mamy ogromne kłopoty z offsetem. Jakie odnieśliśmy korzyści z zaangażowania w Iraku? A jakie z zaangażowania w Afganistanie, który coraz bardziej przypomina drugi Wietnam? Nawet nie została załatwiona sprawa wiz dla polskich obywateli wybierających się do Stanów Zjednoczonych.
Kolejny mit to naiwny ukrainofilizm, który był uprawiany przez lata zarówno przez tzw. prawicę, jak i lewicę. Jego miałkość ujawnia się obecnie z całą wyrazistością. Kierunek na oderwanie Kijowa od Moskwy miał wzmacniać naszą pozycję w Europie i osłabiać „tradycyjnego przeciwnika”, czyli Moskwę. Dlatego w ciemno była prowadzona polityka przybliżenia Ukrainy do szeroko rozumianego Zachodu. Piotr Wołejko na swoim blogu stan wzajemnych relacji ocenia następująco: „(…) Stosunki polsko-ukraińskie, wbrew pozorom, dalekie są od bardzo dobrych. Wiele wydarzeń historycznych pozostaje powodem niezgody obu narodów, a niektóre wywołują żywy sprzeciw i oburzenie. Przyjęta przez władze Polski i Ukrainy taktyka przemilczenia trudnych chwil we wspólnej przeszłości nie przynosi spodziewanych rezultatów. Jak w każdej sytuacji, trudno na kłamstwach, półprawdach i przymuszonej historycznej amnezji zbudować trwałe, zdrowe i silne wzajemne relacje. Nie dość, że jest to kontrproduktywne, to jeszcze daje innym państwom do ręki jak najbardziej uzasadnione argumenty o hipokryzji i braku konsekwencji zachowań Warszawy”.
Z geopolitycznego punktu widzenia współpraca polsko-ukraińska przyniosła nam niewiele, a wektory polityki Kijowa są zmienne. Już wiadomo, że kolejny prezydent Ukrainy nie będzie podkreślał potrzeby szczególnych stosunków z Polską, a Kijów bardziej zorientuje się na Moskwę. Członkostwo Ukrainy w NATO i Unii Europejskiej jest nierealne. Oczywiście powinniśmy budować dobre relacje z Ukrainą, ale na zasadach realizmu politycznego, a nie ideologicznego prometeizmu. Nie można kogoś uszczęśliwiać na siłę, i to w sytuacji, gdy władze w Kijowie same nie wiedzą, czego chcą.

Polska na wzburzonym morzu
Od wielu pokoleń w Polsce trwa spór między „romantykami” i „realistami”. Z jednej strony, utarło się przekonanie, że „nam się coś należy” z samego faktu naszego istnienia. Z drugiej, „realiści” powiadają, że tak jak nie ma darmowych lunchów, tak samo nikt nam niczego za darmo nie da. Wuj Sam albo jakiś inny protektor nie załatwi za nas naszych spraw, bo nie ma drogi na skróty. Tylko ciężką i długotrwałą pracą można coś osiągnąć. Powinniśmy pozytywnie i twórczo wykorzystać nasze członkostwo w Unii Europejskiej, żmudnie budować dobre relacje z sąsiadami i mieć zdolność do nawiązania gry z najważniejszymi ośrodkami władzy na świecie.
Mamy pewne atuty. Bo tak naprawdę tylko silna Polska blisko współpracująca z innymi średnimi i mniejszymi krajami w Europie Środkowowschodniej – gwarantuje status quo naszego regionu. W przeciwnym razie Europę czeka powtórka z historii w uwspółcześnionej wersji. W tej chwili Polska jest za silna, by dać się w pełni połknąć przez Berlin i Moskwę, ale za słaba, by odgrywać rolę stabilizatora w Europie Środkowowschodniej. Tymczasem nie tylko w naszym interesie, ale w interesie całej Europy jest, aby Polska była zdolna do odgrywania tej roli; aby Polska, wykorzystując swoje położenie geopolityczne, była pośrednikiem w relacjach Wschód – Zachód i abyśmy mieli pomysł na Rosję realizowany w Europie.
Lecz do tego potrzebny jest nie tylko dynamiczny rozwój oraz długofalowe budowanie naszej pozycji gospodarczej i politycznej, ale przede wszystkim wspólne i solidarne działanie wszystkich nurtów politycznych. Potrzebne jest jasne zdefiniowanie polskiego interesu narodowego, naszych celów i środków, które do nich miałyby prowadzić. Potrzebny jest konsensus, a nie kłótnie, waśnie i swary. Jeżeli sobie sami nie pomożemy, to nie pomogą nam inni. Sytuacja przypomina, niestety, okres przedrozbiorowy, gdy niektórzy lokowali przyszłość w Prusach, inni w objęciach carycy Katarzyny. Jedynie część patriotycznie nastawionych elit zdawała sobie sprawę, że trzeba prowadzić realistyczną politykę zagraniczną, ale przede wszystkim należy liczyć na siebie, a do tego trzeba naprawić chore państwo.

Jan Maria Jackowski

Nasz Dziennik, 23.09.2009