Opublikowano w kategorii: Bez kategorii

Orzeł i reszka: Upartyjnianie samorządów

Upartyjnianie samorządów

Tegoroczna kampania samorządowa przebiega w cieniu kilku fal powodzi, katastrofy smoleńskiej, wojny z krzyżem, brutalnych konfliktów politycznych i kryzysu gospodarczego. Nie dziwi zatem, że panuje dość powszechne zniechęcenie i rozgoryczenie. Wiele osób uważa, że sprawy w kraju zmierzają w złym kierunku, i nie wybiera się do urn. Obywatele są rozczarowani, mają ogromne problemy materialne, zwiększa się bezrobocie, brakuje perspektyw na przyszłość. Rosnące koszty życia, niewydolna służba zdrowia, podwyższanie podatków, gnębienie ludzi gąszczem przepisów, tłamszenie przez biurokratyczne procedury ducha przedsiębiorczości to tylko niektóre realia dnia codziennego.
Część opiniotwórczych mediów podsyca atmosferę konfliktów, ośmiesza tradycyjne wartości i obronę polskiego interesu narodowego oraz zniechęca do udziału w wyborach. Bo wtedy – gdy ludzie są sfrustrowani i bierni – łatwiej kontrolować sytuację przez tych, którzy kraj traktują jak swój prywatny folwark. Tylko wybranie ludzi uczciwych i kompetentnych – a więc siła kartki wyborczej Polaków – jest w stanie zmienić tę sytuację. Niegłosowanie też jest formą głosowania, ale wtedy los kraju oddaje się w ręce tych, którzy od lat odpowiadają za stan naszej Ojczyzny. Samorządy oddziałują bezpośrednio na sytuację rodziny i trudno byłoby wskazać na jakąkolwiek decyzję podejmowaną przez samorząd lokalny, która jest neutralna z tego punktu widzenia. Nie ma zatem lepszego, bardziej uniwersalnego i syntetycznego sprawdzianu jakości władz publicznych wszelkich szczebli jak ten, który jest związany z ich stosunkiem do rodziny. W tych wyborach jak zawsze chodzi zatem o Polskę. Dlatego ważny jest udział w wyborach i wybieranie ludzi sumienia, którzy władzę traktują w duchu służby, a politykę rozumieją jako roztropną troskę o dobro wspólne.
Niepokojące jest to, że z wyborów na wybory nasila się zjawisko upartyjniania samorządów. Poprzez ordynację wyborczą – preferującą duże partie – mandaty do sejmików wojewódzkich i rad największych miast dzielą w praktyce jedynie ugrupowania parlamentarne, które podziały i konflikty ze sceny krajowej przenoszą do środowisk lokalnych. To prawda, że wprowadzone w 2002 roku wybory bezpośrednie na wójtów, burmistrzów i prezydentów wypromowały wielu ambitnych i dynamicznych lokalnych polityków, często mających silniejszy od parlamentarzystów mandat społeczny. Obecność w życiu politycznym w ten sposób wykreowanych wielu włodarzy podstawowego szczebla samorządowego zmieniła istotnie polski pejzaż polityczny. Nastąpiło zróżnicowanie. Gołym okiem widać, że są gminy dobrze zarządzane i te, których władze sobie nie radzą, są nieudolne i niekompetentne.
Charakterystyczne, że partie polityczne jedną ręką propagandowo „dają”, a drugą „odbierają”, strzegąc zazdrośnie swojego monopolu władzy. Niby obywatele mogą bezpośrednio wybierać najbliższą im władzę lokalną, ale partie polityczne nie chcą tracić kontroli, kto zostanie wybrany. W miejscach gdzie jest ceniony przez mieszkańców bezpartyjny wójt, burmistrz, prezydent, najpierw podejmowane są próby „upartyjnienia” popularnego we wspólnocie lokalnej polityka. Składana mu jest propozycja nie do odrzucenia, aby startował nie jako bezpartyjny, ale kandydat konkretnej partii. Gdy odmówi, dana partia wystawia własnego kandydata. Taki scenariusz w kilku miastach realizuje Platforma Obywatelska. Zachowuje się jak pies ogrodnika, bo jej kandydat może nie wygrać, ale na tyle może osłabić faworyta, że nie zostanie wybrany.
W przejmowaniu kontroli nad samorządami chodzi nie tylko o władzę, ale o miejsca pracy dla „swoich”. Właśni partyjni prezydenci, burmistrzowie i wójtowie to w skali kraju dziesiątki tysięcy posad dla osób ze wskazania partyjnego. W ten sposób ciężar „wyżywienia” aparatów partyjnych jest przerzucany na samorządy. Partyjny „zamach” na samorządy to ogromne zagrożenie dla idei samorządności i przejrzystości życia publicznego. Pamiętajmy o tym i bądźmy roztropni za 8 tygodni, gdy będziemy w lokalach wyborczych.

Jan Maria Jackowski

Nasz Dziennik, 25. – 26.09. 2010