Opublikowano w kategorii: Bez kategorii

Orzeł i reszka: Do czego służą sądy

Do czego służą sądy

W kwietniu 1990 r. został rozwiązany Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk, którego siedziba mieściła się przy ul. Mysiej 2 w Warszawie. Cenzura była jednym z podstawowych instrumentów służących interesom peerelowskiej władzy. Cenzorzy z Mysiej skrzętnie pilnowali, by treści „nieprawomyślne” i niewygodne dla partii komunistycznej nie ukazywały się w przestrzeni publicznej. Czasy się zmieniły, ale najwyraźniej nie zmieniła się natura władzy. Rządząca od 4 lat Polską Platforma Obywatelska (koń, jaki jest, każdy widzi) postanowiła wykorzystać aparat państwa do cenzurowania debaty publicznej w czasie i obszarach dla niej niewygodnych. Wykorzystując tryb wyborczy i korzystne dla siebie orzeczenie sądu okręgowego (który nawet nie badał w pełni rzetelnie merytorycznie zarzutów, jakie sformułowali posłowie Prawa i Sprawiedliwości) ograniczył prawo opozycji do oceny działań władzy.
Nie pierwszy to przykład posługiwania się sądownictwem w celu pacyfikacji wolności słowa. Pewien tajny współpracownik SB z lat 70., zasłaniając się korzystnym dla siebie postanowieniem Sądu Lustracyjnego z okresu, gdy ubiegał się o ważny urząd, wydanym notabene na podstawie niepełnej bazy źródłowej, ściga przy pomocy sądów tych, którzy na podstawie źródeł historycznych jak najbardziej prawdziwie twierdzą, że ma ciemne plamy w swoim życiorysie. W ten sposób sąd jest wykorzystywany do zamazywania prawdy historycznej oraz jako instytucja mająca poświadczyć zbudowaną na fałszu mitologię Okrągłego Stołu jako aktu założycielskiego III RP. Pewien redaktor czytanej na kolanach przez „obóz postępu i demokracji” gazety przy pomocy sądów cenzuruje głosy krytyki, jakie padają pod jego adresem, i środowiska, dla którego jest guru. Sprzedawany opinii publicznej jako „bojownik o wolność słowa” bezwzględnie ściga tych, którzy ośmielą się mieć inne zdanie na temat jego roli w okresie PRL i III RP.
W czasach tzw. liberalnej demokracji formy cenzury i ograniczania wolności słowa są bardziej wyrafinowane (np. polityczna poprawność) niż przaśne, pozostawiające ślady metody z przeszłości. Przestrzegał przed tym bł. Jan Paweł II w homilii wygłoszonej podczas Mszy Świętej w Olsztynie w trakcie IV Pielgrzymki do Ojczyzny 6 czerwca 1991 roku. Mówił przed 20 laty: „W odnowionej Polsce nie ma już urzędu cenzury, różne stanowiska i poglądy mogą być przedstawiane publicznie. Została przywrócona – jakby powiedział Cyprian Norwid – „wolność mowy”. (…) Niewiele [jednak] daje wolność mówienia, jeśli słowo wypowiadane nie jest wolne. Jeśli jest spętane egocentryzmem, kłamstwem, podstępem, może nawet nienawiścią lub pogardą dla innych – dla tych na przykład, którzy różnią się narodowością, religią albo poglądami. Niewielki będzie pożytek z mówienia i pisania, jeśli słowo będzie używane nie po to, aby szukać prawdy, wyrażać prawdę i dzielić się nią, ale tylko po to, by zwyciężać w dyskusji i obronić swoje – może właśnie błędne – stanowisko”.
Wówczas Ojciec Święty był krytykowany zwłaszcza w środowiskach liberalnych, lewicowych, laickich. Przede wszystkim za to, że przypomniał Dekalog, a każda z jego 10 homilii nawiązywała do kolejnego przykazania. Zarzucano mu, że „niepotrzebnie przyjechał”, że „nie powinien pouczać”, „ile to kosztowało”. Tymczasem nasz największy rodak przestrzegał przed niewłaściwym korzystaniem z daru wolności i gdy dziś czytamy jego słowa, coraz pełniej dostrzegamy ich aktualność, dalekosiężność oraz uniwersalizm.

Jan Maria Jackowski

Nasz Dziennik, 27. – 28.08. 2011