Opublikowano w kategorii: Opinie i echa

Norki, klatki i większość senacka

Polityka, Norki klatki większość senacka - zdjęcie, fotografia

Antypisowskie partie demokratyczne mogą stracić większość w Senacie, którą cieszą się od roku, jeśli nie porozumieją się w sprawie ustawy o ochronie zwierząt, zwanej również w przekazach rządowych piątką Kaczyńskiego. Wcześniej w Sejmie podzieliła ona z kolei Zjednoczoną Prawicę, gdy przeciw zagłosowało piętnastu posłów PiS w tym ówczesny (już odwołany) minister rolnictwa Jan Krzysztof Ardanowski i cała Solidarna Polska Zbigniewa Ziobry, zaś  wstrzymało się Porozumienie Jarosława Gowina.

Teraz, chociaż Senat stanowi ostatni bastion opozycji, PSL grozi, że demokratyczna większość przestanie tam istnieć, jeśli Koalicja Obywatelska wraz z Lewicą poprą niekorzystne dla wsi regulacje.

Ustawa napisana jest wyjątkowo nieudolnie, na przykład na podstawie zawartego w niej zakazu wykorzystywania zwierząt do widowisk, którego akurat intencja była zacna, żeby nie męczyć żywych stworzeń w cyrku – zabronić można takich imprez jak promocja lodów Algida w podwarszawskim Otwocku z udziałem objuczonego reklamową płachtą wielbłąda, chociaż dla zwierzęcia z żadną opresją się to nie wiąże, co najwyżej dzieciaki go pogłaskały. Przedmiotem kontrowersji nie jest jednak jakość zapisów, tylko wielomiliardowe interesy i zarobki ponad dwóch milionów ludzi. Wiele też wskazuje na to, że za sprawą kaprysu żoliborskiego inteligenta, jak chętnie pozwala się określać Jarosław Kaczyński polska wieś aż do czasu uruchomienia unijnych dopłat bezpośrednich a więc przez połowę transformacji ustrojowej ponosząca główne jej koszty, stanie się jeszcze biedniejsza, za to zagraniczna konkurencja polskiego rolnika i hodowcy – jeszcze zamożniejsza. Za sprawą polskiego ustawodawcy.  

Trwają konsultacje i rozmowy, w czwartek 1 października odbyło się międzypartyjne spotkanie, którego gospodarzem był marszałek Senatu Tomasz Grodzki. Pozostaje on najwyższym rangą dygnitarzem państwowym spoza środowiska PiS. Opozycja zawdzięcza to porozumieniu, zawartemu przed ubiegłorocznymi wyborami, zgodnie z którym Koalicja Obywatelska, PSL i Lewica uzgodniły kandydatów do Senatu (obowiązują tam jednomandatowe okręgi wyborcze), żeby nie rozbijali sobie nawzajem głosów. Chociaż do Sejmu tej samej październikowej niedzieli to PiS uzyskał samodzielną większość (kłopoty zarysowały się dopiero po roku, gdy zbuntowali się posłowie) – wybory senackie przyniosły sukces demokratycznej opozycji. Uformowała się w izbie większość, co prawda najmniejsza z możliwych (w praktyce to 51 głosów, PiS ma 48 senatorów, z którymi zwykle głosuje też niezależna Lidia Staroń), złożona z trzech partii oraz niezależnych, wśród których są m.in. wieloletni politycy Platformy Stanisław Gawłowski i Krzysztof Kwiatkowski. Działało to nieźle przez rok, Senat stał się pomimo pandemii miejscem ważnych spotkań, na które zapraszano np. zwalczanego przez władze byłego prezesa Trybunału Konstytucyjnego Jerzego Stępnia, goszczono tam również słynnych opozycjonistów białoruskich ze Swietłaną Cichanouską na czele oraz laureatkę literackiej Nagrody Nobla Olgę Tokarczuk.

Zagrożenie dla dalszego trwania demokratycznej większości pojawiło się, gdy Sejm – pomimo licznych perypetii z masowym złamaniem dyscypliny w Zjednoczonej Prawicy w tym samym PiS – głosami formalnie opozycyjnych Koalicji Obywatelskiej i Lewicy przyjął piątkę Kaczyńskiego.

Polskie Stronnictwo Ludowe nie wyobraża sobie dalszego trwania koalicji z dwoma ostatnimi ugrupowaniami, gdyby podobnie stało się w Senacie. Uznaje bowiem zawarte w ustawie o ochronie zwierząt regulacje za skrajnie niekorzystne dla wsi i rolnictwa. Potwierdzają to protesty społeczne, w tym dwie głośne akcje uliczne AgroUnii. W trakcie jej happeningu przed Sejmem ustawiono głowy kapusty, na których umieszczono nazwiska posłów, głosujących za „piątką Kaczyńskiego”. Parę dni później przez Warszawę przemaszerowała masowa demonstracja protestujących hodowców.

Norki podgryzają więc senacką większość, a jak wiemy zęby mają solidne.

W tej sytuacji bowiem PSL ogłosiło swoje warunki brzegowe dalszego trwania koalicji. Ludowcy przystają na likwidację farm zwierząt futerkowych, dających co najmniej 9,5 tys miejsc pracy (inne źródła mówią o kilkunastu tysiącach, tylko ekologowie o ośmiuset zgłoszeniach do ZUS), pod warunkiem, że okres przejściowy na ich wygaszanie wyniesie nie rok, jak zakłada sejmowa wersja ustawy, lecz dziesięć lat. Przedstawiciel hodowców Szczepan Wójcik, cieszący się życzliwością dyrektora Radia Maryja o. Tadeusza Rydzyka domaga się nawet, żeby było to lat dwanaście, bo na tyle często właściciele farm brali kredyty. Norki hodowane na futra zjadają milion ton rocznie odpadów organicznych z farm drobiowych, na czym zarabiają właściciele tych ostatnich: jeśli stracą ten dochód, a będą jeszcze musieli dołożyć do utylizacji, podrożeją kurczaki w sklepach.  Drugi warunek PSL to wycofanie również przyjętego w Sejmie zakazu uboju rytualnego: ten ostatni daje pracę 400 tys. gospodarstw czyli żywi 2 mln ludzi. Polska zdobyła tu niedawno rynki arabskie i dalekowschodnie. Trzecie żądanie ludowców to przyjęcie obligatoryjnej zasady, że jeśli przedstawiciele organizacji pozarządowych mają wkraczać na teren hodowli, musi im towarzyszyć inspektor weterynarii. 

Nawet PSL nie chce więc ustawy odrzucać w całości – choć teoretycznie taka możliwość by istniała, bo sprzeciwić się jej może również kilku senatorów PiS – ale wyrwać jej zęby, likwidując najbardziej dotkliwe dla polskiej wsi zapisy.

Farmy norek zlokalizowane są zwykle w regionach niezamożnych i dotkniętych sporym bezrobociem – jak okolice Białobrzegów Radomskich czy Piły. 

Przeciwnicy zakazu argumentują, że rynki po likwidacji polskich hodowli przejmie konkurencja z Ukrainy.

Zwolennicy demonstrują utrwalone również w filmach dokumentalnych (głośna realizacja Janusza Schwertnera) bestialstwa, jakie dzieją się na farmach. Tyle, że jak objaśniał zastępca przewodniczącego sejmowej komisji rolnictwa Jarosław Sachajko (Koalicja Polska Kukiz’15) uśmiercanie norek polega na tym, że do klatki podjeżdża zasobnik z dwutlenkiem węgla. Nic w tym miłego, ale zarzynanie wiejskiej kury na niedzielny rosół w tradycyjnym gospodarstwie pozostaje bez porównania bardziej brutalne.

Najbardziej konfliktogenna ustawa za rządów PiS paradoksalnie miała w zamierzeniu przekonać do partii młody i wrażliwy elektorat wielkomiejski, dlatego też piątkę Kaczyńskiego tak intensywnie promowano. W istocie zraziła do partii rządzącej polską wieś. Doprowadziła też do zmiany ministra rolnictwa – z Jana Ardanowskiego, który przeciw niej zagłosował, na dużo młodszego Grzegorza Pudę, który w trakcie prac sejmowych nad nią stał się jej twarzą. Dlatego hodowcy uznają jego nominację za prowokacyjną.

Prezes PiS Jarosław Kaczyński wysyła do senatorów stanowcze listy, nakazujące im poparcie dla ustawy o ochronie zwierząt. Pomimo tych monitów już wiadomo, że przeciw piątce Kaczyńskiego zagłosować może Jan Maria Jackowski autor słynnej „Bitwy o Prawdę” oraz sprawujący w ławach PiS mandat senatorski przewodniczący Solidarności Rolników Indywidualnych Jerzy Chróścikowski. A także co najmniej trzech innych senatorów partii rządzącej.

Dziś jednak główny problem ma wcale nie PiS, tylko opozycja.

Gdyby Koalicja Obywatelska i Lewica zechciały poświęcić demokratyczną większość w Senacie dla uchwalenia ulubionej ustawy Kaczyńskiego, mielibyśmy do czynienia już nie z paradoksem, ale z aktem prawdziwego samobójstwa politycznego.

W imię humanitaryzmu demokraci oddaliby Senat i posadę marszałka nowej większości, którą PiS mógłby zawiązać choćby z rozczarowanym PSL, zaś Grodzkiego zastąpiłby albo wicemarszałek Marek Pęk albo kierujący izbą refleksji w poprzedniej kadencji Stanisław Karczewski.

Trudno to sobie wyobrazić, zważywszy, że zbudowanie tej większości i powołanie prof. Tomasza Grodzkiego na marszałka stanowi praktycznie jedyny sukces opozycji w ostatnich pięciu latach.

PSL nie tylko straszy, ale teoretycznie ma inne możliwości: jeśli zawiedzie się na Koalicji Obywatelskiej, może sojusz z PiS zawiązać nie tylko w Senacie ale również w większości sejmików wojewódzkich, zaś elementem tej transakcji stałoby się również pogrzebanie przez partię rządzącą projektu podziału Mazowsza na dwa województwa, co z kolei uratowałoby imperium marszałka Adama Struzika. Tyle, że nie byłoby potem łatwo wytłumaczyć sens tych wszystkich operacji własnym wyborcom. 

Polska wieś niespodziewanie wpływa na parlament wcale nie za sprawą toczących się pod jego gmachem demonstracji AgroUnii i innych organizacji hodowców. 

W drugiej turze niedawnych, lipcowych wyborów prezydenckich na kandydata PiS Andrzeja Dudę zagłosowało 63 proc mieszkańców wsi, wśród rolników poparcie miał jeszcze wyższe – 81 proc. Teraz senatorowie PiS zwłaszcza wybrani z wiejskich okręgów wyborczych nie ukrywają paniki. Stają bowiem przed wyborem czy narazić się elektoratowi czy prezesowi.

Szokujące zaskoczenie stanowi fakt, że forsujący ustawę Kaczyński znalazł się w sytuacyjnym sojuszu ze środowiskami, które w codziennym przekazie partia rządząca określa mianem lewackich, przyzwyczajonymi do meblowania życia innym. Takie są radykalne organizacje ekologiczne, których nie bez racji obawiają się hodowcy, w przeciwieństwie do nich z reguły prawdziwi a nie obłudni miłośnicy zwierząt. Jak ujmują to w liście do władz państwowych działacze Dolnośląskiego Związku Hodowców Psów: „(..) Jeżeli już staniecie się posiadaczem wspaniałego rasowego pieska w każdej chwili na spacerze będzie mógł podejść do Was Pan lub Pani i zabrać Wam tego pieska, bo jest za gruby lub za chudy a może za smutny. Również w swoim własnym domu będziecie mogli spodziewać się wizyty w takim samym celu – ta Ustawa Wam to zapewni” [1].

Ale Kaczyński ma tylko kota, a tego na spacer się nie wyprowadza, zaś do domu ochrona nikogo nie wpuści.

Źródło: wio.waw.pl