Opublikowano w kategorii: Aktualności

Jan Maria Jackowski: PiS jest za transparentnością, także w kwestii zarobków. Nasz elektorat jest na to wyczulony

Nasz elektorat rozlicza nas z wiarygodności
z Janem Marią Jackowskim rozmawia Dorota Kowalska

Panie senatorze, strasznie o panu głośno ostatnio?
To zapewne za sprawą mojego oświadczenia związanego z regulacjami
finansowymi dotyczącymi pracowników Narodowego Banku Polskiego.
Co pana skłoniło, żeby takie zapytanie skierować do Adama Glapińskiego,
prezesa NBP?
Jestem senatorem, który stara się rzetelnie wykonywać swój zawód. Korzystam
ze środków prawnych, jakie przysługują parlamentarzystom. A ponieważ
zgłaszali się do mnie wyborcy, zdziwieni, zbulwersowani, zszokowani skalą
zarobków niektórych pracowników NBP, skierowałem to oświadczenie – czyli
interpelacje senatorską – i zadałem dwa pytania panu prezesowi Adamowi
Glapińskiemu. Zwłaszcza, że nie było jasnego stanowiska przedstawicieli NBP
w związku z doniesieniami medialnymi o skali tych zarobków, przynajmniej
przez pierwsze dni po tych publikacjach.
Jakie pytania zadał pan prezesowi Glapińskiemu?
Pierwsze, konkretnie związane z zarobkami asystentek prezesa Glapińskiego, o
których piszą media. Ale jest również drugie oświadczenie, w którym pytam o
sprawy systemowe: o liczbę osób zatrudnionych w NBP, o średnie zarobki w
NBP jako całej instytucji, a także o zarobki osób zaliczanych do kadry
kierowniczej. Poprosiłem też o to, żeby te kwoty były podane według
metodologii RB 70, to metodologia, którą stosuje ministerstwo finansów w
stosunku do instytucji budżetowych: do ministerstw, różnych agend
państwowych. Oczywiście, mam świadomość, że NBP nie podlega tym
regulacjom, ponieważ nie jest instytucją budżetową, natomiast ta metodologia
może być również zastosowana w tym wypadku – jest bardzo precyzyjna i daje
jasny obraz faktycznych dochodów pracowników z różnymi pochodnymi.
Jednocześnie prosiłem, aby te dane dotyczyły lat 2009- 2015-2018, tak żeby
zaobserwować ewentualne spadek lub przyrost tych zarobków.
A nie boi się pan?
Czego?
Adam Glapiński to bliski współpracownik prezesa Kaczyńskiego, w
każdym razie uchodzi za osobę, która ma spore wpływy w Prawie i
Sprawiedliwości.

Wykonuję mandat posła i senatora – 56 tys. wyborców, połowa tych, którzy brali
udział w wyborach w 2015 roku w moim okręgu, głosowała na mnie i w ich
imieniu zadaję te pytania. Powiem więcej: one są absolutnie zgodne z
deklaracjami najwyższego kierownictwa Prawa i Sprawiedliwości, bo
przypomnę, że jego przedstawiciele deklarowali, iż są za transparentnością,
przejrzystością, zwłaszcza w sektorze państwowo-publicznym. Więc działam
zgodnie z zasadami, które obowiązują w PiS-ie. Złożyłem te oświadczenia
ponieważ na co dzień mam kontakt nie tylko w moim okręgu wyborczym z
obywatelami i wiem doskonale jak informacje o zarobkach są odbierane przez
naszych wyborców.
Dowiedział się pan czegoś z konferencji NBP? Bo ja, mówiąc szczerze, nie
specjalnie. Wciąż nie wiem na przykład, ile zarabia Martyna
Wojciechowska, asystentka prezesa Glapińskiego.
Szkoda, że ta konferencja odbyła się tak późno. Gdyby odbyła się pod koniec
ubiegłego roku, sądzę, że udałoby się uniknąć wielu niepotrzebnych dyskusji
temat zarobków w banku centralnym. Opinia publiczna oczekuje na podanie
konkretnych kwot zarabianych przez określone osoby w NBP. To przetnie
medialne spekulacje. Zabrakło konkretów. Powołano się na statystykę. A
statystyka uśrednia wiele kwestii. Można więc dzięki niej spłaszczać to, co tak
naprawdę interesuje opinię publiczną. Obrazowo przedstawia to anegdota o
pewnym profesorze statystyki, który utopił się w jeziorze, którego średnia
głębokość wynosiła 10 cm.
Zauważył pan, że kierownictwo NBP nie odpowiedziało na pana pytania
zawarte w oświadczeniu?
Zauważyłem. Ani pani dyrektor Raczko ani pan prezes Glapiński nie
odpowiedzieli na pytania zawarte w moich dwóch interpelacjach senatorskich.
Nadal zatem czekam na odpowiedź
Nie ma pan wrażenia senatorze, że to, co najbardziej szkodzi PiS-owi w
ostatnich miesiącach, to pieniądze: słynne już nagrody przyznane przez
byłą premier Beatę Szydło sobie i swoim ministrom, afera KNF-u, w której
też chodzi o wielkie miliony, walka o ciepłe posadki w spółkach skarbu
państwa, wreszcie ostatnio – zarobki w NBP? Pieniądze, pieniądze,
pieniądze – to one szkodzą wizerunkowi Prawa i Sprawiedliwości.
Zgadzam się z częścią tezy zawartej w pani pytaniu. Wielokrotnie się na ten
temat wypowiadałem i wyrażę taki pogląd, że szczególnie w elektoracie Prawa i
Sprawiedliwości sprawy sprawiedliwości, również w aspekcie wynagradzania –
za dobrą pracę, odpowiednie pieniądze, ale nie nadmierne pieniądze – to temat
bardzo wrażliwy. Także w innych środowiskach, ale szczególnie nasz elektorat
jest na te kwestie uczulony. I rozlicza nas z wiarygodności. Zwłaszcza, że w
toku różnych kampanii wyborczych i na przestrzeni lat funkcjonowania naszego

środowiska napiętnowaliśmy nieprawidłowości w tym zakresie. Prezes Jarosław
Kaczyński ma tego świadomość i wielokrotnie się na ten temat wypowiadał,
zdecydował się nawet na radykalne działania w sytuacjach kryzysowych.
Natomiast jest jeszcze jeden problem, który moim zdaniem, wymaga
rozstrzygnięć.
Jaki?
Jak pani pamięta w 2016 roku, kiedy ówczesna premier Beata Szydło
zdymisjonowała ministra skarbu państwa Dawida Jackiewicza mówiło się o
tym, że zostaną zaprezentowane opinii publicznej jasne, klarowne zasady
wynagradzania w spółkach skarbu państwa i spółkach z udziałem skarbu
państwa, jak również pewne systemowe rozwiązania dotyczące sfery zarobków
osób pełniących funkcje publiczne.
Ale nie zostały zaprezentowane żadne zasady takiego wynagradzania!
Niestety, do dnia dzisiejszego nie podjęto systemowej poważnej debaty na ten
temat, również z udziałem innych środowisk politycznych. I mamy do czynienia
z takimi anomaliami, że na przykład asystent, nie odnoszę tego do NBP, żeby
było jasne, ma na przykład w spółce skarbu państwa miesięczne dochody
znacznie wyższe niż prezydent i premier razem wzięci. Zasady wynagradzania
są bardzo niejasne, one są formalnie oparte o przepisy prawa, ale są efektem
pewnych szczątkowych regulacji dotyczących poszczególnych podmiotów. To,
moim zdaniem wymaga systemowej, poważnej debaty z udziałem obywateli tak,
żeby ci mieli również możliwość wypowiedzenia się na temat tego, jakie mają
być zarobki osób pracujących w spółkach skarbu państwa, czy innych
instytucjach państwa. Proszę zauważyć, że takie informacje, niezależnie kogo
dotyczą, czy rządzących, czy opozycji, zawsze wzbudzają ogromne emocje
opinii publicznej, co jest w pewnym sensie zrozumiałe. Natomiast unika się
poważnej debaty z opinią publiczną na ten temat.
Wspomniałam o tym, że afery z wynagrodzeniami, premiami mogą PiS-owi
zaszkodzić, bo jak pan sam wspomniał, Prawo i Sprawiedliwość, szło
zawsze wyborów z hasłami transparentności, przejrzystości, uczciwości,
ganiąc zarazem politycznych oponentów sugerując, że są złodziejami. A tu
wychodzi na to, że nie wszystko jest takie czarno-białe.
Ja bym z jednostkowych przypadków nie wyciągałam takich wniosków. Jeśli
były sytuacje jakichś nieprawidłowości w przeszłości, to proszę zauważyć, że
obóz dobrej zmiany reagował i wyciągał wnioski: dane osoba była odwoływana
ze stanowiska, czy składała stosowne wyjaśnienia –każdy przypadek należałoby
analizować indywidualnie. Natomiast jeśli chodzi o Narodowy Banku Polski, to
mamy ustawę, która określa poziom zarobków pracowników NBP – jest w niej
także zapis, który mówi o korelacji tych wynagrodzeń ze średnią w sektorze
bankowym. Poczekajmy na wyniki Najwyższej Izby Kontroli, bo po moim

oświadczeniu również NIK ogłosiła, być może taki pomysł był wcześniej, ale
dowiedziałem się o tym po moim oświadczeniu, że korzystając ze swoich
uprawnień kontrolnych będzie badała NBP. Podobno raport Najwyższej Izby
Kontroli ma być gotowy w czerwcu.
Prezydent Andrzej Duda także podjął pana myśl, bo mówi dzisiaj, że nie
widzi przeszkód, aby poziom wynagrodzeń w NBP był jawny.
Uważam, że powinien być jawny. Teraz, jako efekt wielodniowej burzy
medialnej wokół NBP, mamy zapowiedź ustawy o jawności zarobków w NBP
oraz określającej górne widełki zarobków kadry kierowniczej w tej instytucji.
Mówił pan, że to pana wyborcy sami zapytali o pensje asystentki prezesa
Glapińskiego, że byli wzburzeni tym, co piszą media o wysokości zarobków
w NBP. Mam takie wrażenie, że wyborcy uświadomili sobie, iż nieważne,
kto jest u władzy: prawica, lewica, Platforma, SLD, czy Prawo i
Sprawiedliwość – wszyscy postępują tak samo, próbują jak najwięcej z tej
władzy wyszarpać dla siebie.
Świadomość możliwości pojawienia się takich skojarzeń ma prezes Jarosław
Kaczyński, ponieważ wielokrotnie wypowiadał się na ten temat publicznie, ale
również na spotkaniach zamkniętych. Także świadomość takiego wyobrażenia
wyborców jest jak najbardziej obecna w najwyższym kierownictwie Prawa i
Sprawiedliwości. Stąd często pojawiają się radykalne działania, które mają za
zadanie przeciąć tego typu praktyki właśnie po to, żeby nie tworzyć takiego
wrażenia. Gdyby nie było tych działań kierownictwa, gdyby nie było
pokazywania woli przeciwdziałania tego typu zachowaniom, to, rzeczywiście,
raz – Polacy mogliby mieć takie wrażenie, dwa – zostałaby odebrana
wiarygodność środowisku, które co innego mówi, a co innego robi.

Właśnie, a propos wiarygodności, premier Mateusz Morawiecki zapewniał,
że podwyżek prądu nie będzie, Sejm bardzo szybko przyjął ustawę, która
miała to gwarantować, dzisiaj słyszymy, że jednak ludzie dostają wyższe
rachunki za prąd.
Przypomnę, że ta ustawa ma pewne kalendarium: są pewne terminy. Artykuł 6 a
w tej ustawie określa sytuację podmiotów publicznych, typu samorządy,
instytucje publiczne, określa, jaki jest tryb rewaloryzacji opłat z tytułu
dostarczania energii elektrycznej. I ten mechanizm został rozpisany na kilka
miesięcy. W tej chwili można mieć wrażenie pewnego chaosu, natomiast jeśli

przysłuchamy się wypowiedziom chociażby przedstawicieli Innogy, to
rzeczniczka tej firmy zastrzega się, że wszelkie dalsze decyzje zostaną
ogłoszone zgodnie z ustawą do 31 stycznia. Mamy obecnie pewien stan
niepewności, natomiast mam nadzieję, że po kilku miesiącach, ta sytuacja
ulegnie normalizacji.
Podwyżka prądu nie nastąpi w ciągu najbliższego roku, roku wyborczego.
A co będzie daje, nie wiadomo, prawda?
Tak. Między innymi podczas debaty w Senacie pytałem o to bardzo wyraźnie
wiceministra energetyki, który reprezentował rząd w toku prac nad tą ustawą i
nie wykluczał różnych scenariuszy w tym zakresie. Osobiście apelowałem
podczas tej debaty, aby już teraz szukać rozwiązań systemowych. Jakie to
powinny być rozwiązania? Przede wszystkim strona rządowa powinna
zaprezentować swoją strategię, ponieważ ma dostęp do takich informacji, do
jakich nie ma dostępu parlamentarzysta. Jednocześnie trzeba uważnie
obserwować to, co dzieje się w Europie, ponieważ nie jest tajemnicą, że
wysokie ceny energii na Starym Kontynencie, wynikają z tzw. podatków
ekologicznych i powodują, że koszty wytwarzania różnych towarów i usług w
Europie są znacznie wyższe niż na globalnym rynku, co powoduje, że tracimy
konkurencyjność. Należy o tym pamiętać. Ruch „żółtych kamizelek” we Francji
pokazuje wyraźnie, że nasila się takie zjawisko, nie wiadomo, czy nie przybierze
formy politycznej, zjawisko, które można określić pewnym skrótem myślowym:
„ludzie, którzy uważają się za biednych nie chcą płacić za dobre powietrze dla
bogatych”. I takie rozwarstwienie także następuje. Innymi słowy jesteśmy w
Europie w przededniu szerszej dyskusji na ten temat. Również te kwestie w
obszarze energetyki trzeba nieustannie monitorować i wyciągać z nich wnioski.
Strona polska, moim zdaniem, powinna być aktywa na forum europejskim i
prezentować takie zdrowo rozsądkowe podejście.
Czyli jakie?
Takie, które z jednej strony ma na uwadze ochronę środowiska, ale z drugiej
strony pewną racjonalność społeczno-gospodarczą.
Nie boi się pan, że wyborcy nie uwierzą w waszą proeuropejskość, bo
ostatnio pada bardzo wiele deklaracji z ust polityków Prawa i
Sprawiedliwości, deklaracji o tym, jak ważne jest dla ekipy rządzącej UE?
Nie, nie mam takich obaw. Mam dużo kontaktów z wyborcami, codziennie
odbywam jakieś spotkania i jakoś nie spotkałem się z tym, żeby wyrażano
zaniepokojenie takim fake news’em, który funkcjonuje w przestrzeni publicznej,
a który wymyśliła opozycja, czyli polexitem. To nie jest absolutnie problem,
który byłyby w jakikolwiek sposób stawiany, przynajmniej do mnie takie
niepokoje nie docierają. Także sądzę, że to bardziej dyskusja polityczna,
medialna, dywagacje pewnych komentatorów niż rzeczywisty fakt.

Posłanka Pawłowicz, dość ważna osoba w PiS, mówi o fladze europejskiej,
że to szmata, prezydent Andrzej Duda o Unii Europejskiej mówi jako o
„wyimaginowanej wspólnocie”, mamy konflikt z Komisją Europejską –
proszę mi nie mówić, że rząd Prawa i Sprawiedliwości, to rząd
proeuropejski, bo wcześniej takich konfliktów nie było. Więc opozycja
niczego nie musiała wymyślać, wyborcy głupi nie są – widzą, co się dzieje.
Być może jest tak, że te obawy niektórych wynikają z kompleksów. Jesteśmy
świeżym członkiem UE. Nie mamy takiej pozycji jak Niemcy czy Francja, która
może bezkarnie przekraczać deficyt budżetowy, nota bene we Francji nastroje
sceptyczne nastroje wobec UE są najsilniejsze. Więc u nas, jeśli ktokolwiek w
UE zmarszczy brew, albo się skrzywi, podnosi się zaraz wielki krzyk. Trzeba
mieć poczucie własnej wartości: jesteśmy w UE, jesteśmy pełnoprawnym
członkiem Unii, nikt tego nie chce zmieniać, natomiast domagamy się
przestrzegania zasad, które w Unii obowiązują wszystkich, stosowania zasady
solidarności, o której się mówią i którą Niemcy w zakresie suwerenności
bezpieczeństwa energetycznego ewidentnie łamią chociażby takim projektem
jak Nord Strem 2. I jeśli Polska takie kwestie podnosi, to mówi się, że to
antyeuropejskość – wręcz przeciwnie, to działanie na rzecz zasad zawartych w
europejskich traktatach i budowanie wspólnoty europejskiej.
Reforma sądownictwa nie jest chyba budowaniem wspólnoty europejskiej,
bo Komisja Europejska twierdzi, że w Polsce łamane są zasady
praworządności.
To kolejny element walki politycznej – mamy w perspektywie walkę o
pieniądze, o przyszły kształt UE. I jest to ewidentnie element pewnej gry: części
elit brukselskich, które akurat używają tego argumentu, aby uzasadnić
ewentualne retorsje w stosunku do Polski, szukają dla siebie alibi. Trzeba na to
patrzeć z dużą dozą ostrożności – a dowodem na to, co mówię, jest fakt, że
polskie odpowiedzi na różnego rodzaju zapytania były bardzo rzeczowe,
merytoryczne, ale nie zostały uznane przez Komisję Europejską. Widać
wyraźnie, że mamy do czynienia z działaniem politycznym, nie merytorycznym.
Do tych zarzutów trzeba więc podchodzić ze spokojem i polski rząd ma tego
świadomość. Trzeba UE pewne rzeczy cierpliwie tłumaczyć, ale też pamiętać o
tym, że mamy swoje prawa, że reforma wymiaru sprawiedliwości, to jednak
wewnętrzna sprawa Polski, a nie Komisji Europejskiej.
Nie do końca jest tak, jak pan mówi, bo jeśli jesteśmy w UE, podpisaliśmy
traktat lizboński, to reforma wymiaru sprawiedliwości nie jest tylko i
wyłącznie sprawą Polski. Przecież rząd po części się z tej reformy wycofał
pod naciskiem UE.
Przypomnę, że Polska i Wielka Brytania wyłączyły się z Karty Praw
podstawowych. Rząd, szanując jednak, jak to zostało określone prawo

europejskie, dostosował zapisy ustawy do postanowienia zabezpieczającego
Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu, chociaż się z nim nie zgadzał.
Tyle. Nie można jednak mówić, że rząd wycofuje się z reformy wymiaru
sprawiedliwości. Poczekajmy do 19 marca, bo tego dnia mają zapaść ważne
decyzje w Trybunale Sprawiedliwości UE w Luksemburgu. Zobaczymy, co
będzie dalej – ja patrzę ze spokojem na to, co przyniesie przyszłość.
Nie zdziwiła pana  nominacja Adama Andruszkiewicza na wiceministra
cyfryzacji, człowieka bardzo młodego, o dość radykalnych, antyunijnych i
antyniemieckich poglądach? Podobno nawet wielu polityków PiS było tą
nominacją zaskoczonych.
O tej nominacji dowiedziałem się z mediów. Obserwując dyskusję, jaka trwa
wokół tej nominacji zdumiała mnie jedna rzecz, bo mamy do czynienia z pewną
formą próby ocenzurowania naszej debaty publicznej. Przypomnę, że pan
minister Andruszkiewcz jest posłem na Sejm RP, ma poglądy takie, jakie ma, ja
tych poglądów nie podzielam, ale należy pamiętać, że został wybrany przez
swoich wyborców i w związku z powyższym kwestionowanie jego prawa do
poglądów o ile nie naruszają obowiązującego prawa jest pewną formą cenzury.
Co do szczegółów tej nominacji, trudno mi się na ten temat wypowiadać,
ponieważ, jak wspomniałem dowiedziałem się o niej z mediów. Nie wiem też,
jakie będą szczegółowe zadania pana ministra Andruszkiewcza w resorcie
cyfryzacji. Myślę, że w najbliższych dniach przedstawi opinii publicznej, czym
szczegółowo będzie się w tym resorcie zajmował.
Brak kompetencji panu nie przeszkadza? Bo wielu ludzi marzyłoby o takiej
pierwszej pracy.
Przypomnę, że swego czasu, kiedy Radek Sikorski zostawał wiceministrem
spraw zagranicznych, to były czasy AWS-u, ja byłem wtedy posłem i pamiętam
to doskonale, minister Geremek był wielokrotnie pytany, co u niego robi tak
młody człowiek z tak radykalnymi poglądami, jak to wówczas określano. Więc
takie nominacje w historii już były.
Jest pan optymistą, jeśli chodzi o wynik wyborów do europarlamentu i
dalej – tych parlamentarnych?
Jestem optymistą i wydaje mi się, że obóz dobrej zmiany jest dobrze oceniany
przez znaczną część opinii publicznej w Polsce. Dodowem na to są stabilne
sondaże, które pokazują, że w czwartym roku rządów jesteśmy absolutnym ich
liderem. Są też badania CBOS-u, z których wynika, że Polacy oceniają mijający
rok, jako bardzo pozytywny, najpozytywniejszy po 1989 roku. To dowód na to,
że znaczna część opinii publicznej zgadza się z tą polityką, którą proponujemy –
polityką solidaryzmu społecznego, wyrównywania szans i stwarzania takich
warunków społeczno-gospodarczych, żeby każdy mógł dążyć do rozwoju swojej
rodziny.

Źródło: polskatimes.pl