Opublikowano w kategorii: Aktualności

Aktualności

Wyjątkowa rozmowa z Agnieszką i Janem Marią Jackowskimi w tygodniku „Sieci”: Wygraliśmy bitwę o małżeństwo. Samo się nie zrobi

 


Fot. Andrzej Wiktor

Z Agnieszką Jackowską, pedagogiem, filozofem, doradcą rodzinnym i Janem Marią Jackowskim, dziennikarzem, historykiem, pisarzem, senatorem RP rozmawia Dorota Łosiewicz.

Jak żyje się u boku polityka?

Agnieszka Jackowska: Polityk, to przede wszystkim człowiek. Gdy poznałam Jasia, nie był formalnie politykiem, choć polityka go pasjonowała, wspominał przełom lat 70. I 80. I zaangażowanie w demokratyczna opozycję. Po prostu zakochaliśmy się w sobie, odczytaliśmy, że jesteśmy dla siebie przeznaczeni i założyliśmy rodzinę. Nie pytałam męża czy będzie politykiem czy może wędkarzem lub motocyklistą, bo było mi wszystko jedno. Pokochałam go takiego, jakim był. Rzeczywiście mój mąż niedługo po ślubie, który miał miejsce w 1989 roku, czyli roku przemian, zajął się tym co nazywamy polityką, jednak rozumianą przede wszystkim jako służba dobru wspólnemu.

Jan Maria Jackowski: Nie jestem wyłącznie politykiem. Byłem dziennikarzem, jestem historykiem, jestem pisarzem, a nasze życie: moje i Agnieszki wzajemnie się uzupełnia. A to, że będę także politykiem rozstrzygnęło się w 1970 roku. Miałem wtedy 12 lat i byłem świadkiem wydarzeń grudniowych w Szczecinie, widziałem, jak strzelano do robotników. Część starć miała miejsce pod moją szkołą. Wtedy poczułem, że chcę być politykiem, chcę pisać, choć w tamtejszych realiach wydawało się to niemożliwe. Po 89 roku mogłem realizować się na tych płaszczyznach.

AJ: Bycie żoną polityka nie jest łatwe w tym sensie, że to zajęcie wiąże się z ciągłą aktywnością. Albo są posiedzenia, albo spotkania, albo ważne rozmowy telefoniczne, albo wyjazdy, a przede wszystkim różne aktywności w okręgu wyborczym. Życie z taką osobą wymaga poczucia humoru, cierpliwości, miłości i ciągłego łapania malutkich chwil, by pielęgnować to, co nazywamy małżeństwem. Życie z politykiem wiąże się też z utratą prywatności, o czym się boleśnie niedawno przekonaliśmy. Walka o poglądy, wpływy przekracza wszelkie granice. To, co nawet prawo określa, jako granicę prywatności, czyli, że jest czas służby i czas prywatny, nie jest szanowane. Wtargnięcie w tę przestrzeń, w sposób bardzo obcesowy, strasznie prymitywny, a do tego dobrze zaplanowany nie jest komfortową sytuacją. Współczuję tym, którzy muszą robić takie rzeczy dla pieniędzy. Ciężko mi sobie wyobrazić inny powód, uzasadniający  niszczenie cudzego życia. Na szczęście orły latają wysoko, nawet, gdy są dziobane.

Jan Maria Jackowski: W tej konkretnej sprawie się nie wypowiadam, bo  w stosunku do tabloidu, o którym mowa, toczy się postępowanie prawne.

Agnieszka Jackowska: Ja z perspektywy 30 lat wspólnego życia widzę, że jak w jednym miejscu robi się dobro, to w innym przyjdzie za to zapłacić. „Kto we łzach sieje, żąć będzie w radości”. Życie bez cierni nie jest możliwe, więc trzeba je wziąć na klatę i iść na przód.

Jak zaczęła się państwa wspólna droga?

Agnieszka Jackowska Spotkaliśmy się na balu, który nazwałyśmy z koleżankami „balem ostatniej szansy”. Miałam wtedy 23 lata, Jasia na bal przyprowadziła kuzynka. Bal otwierał ksiądz Tadeusz Fedorowicz, który skupiał wokół siebie środowisko inteligencji katolickiej. Był on, na marginesie, spowiednikiem św. Jana Pawła II, a dla nas – ukochanym wujem, który pokazywał nam świat nieprzemijających wartości, zabierał na piesze wędrówki. I w takich okolicznościach pojawił się mąż, a była to miłość od pierwszego wejrzenia, choć nie podobał mi się garnitur, który on wtedy miał na sobie. Poza garniturem zobaczyłam jednak wszystkie cechy, które powinien mieć, w mojej ocenie, mężczyzna moich marzeń. Okoliczności, mimo początkowych meandrów, w sumie nam sprzyjały. Rok później Jaś mi się oświadczył, a półtora roku później prowadził mnie do ołtarza.

Jan Maria Jackowski: Połączyły nas wspólne wartości, to był fundament. U schyłku PRL-u obracaliśmy się w kręgu Klubu Inteligencji Katolickiej oraz środowiska Lasek i duszpasterstw akademickich. Szybko okazało się, że mamy wspólną wizję przyszłego życia, oboje marzyliśmy o dużej rodzinie. Poza tym Agnieszka studiowała filozofię. We mnie drzemał filozof. Dużo rozmawialiśmy, zaczęliśmy wspólnie podróżować. Efektem prowadzonych z żoną dyskusji są książki „Bitwa o Polskę” i „Bitwa o Prawdę”, które powstały w latach 90. Gdy w 1991 roku pojechaliśmy na konferencję do Szwajcarii, przekonaliśmy jak silne jest zderzenie chrześcijaństwa z niechrześcijaństwem, które odbywało się w sercu Europy, w pięknej scenerii. Okazało się wówczas, że na zachodzące procesy ja i żona patrzymy podobnie.

AJ: Polska po latach komunizmu, stała się obiektem drapieżnych wpływów, grup i frakcji. Doświadczyliśmy na własnej skórze, w jaki sposób pozyskują ludzi lubiące działać zakulisowo antyewangelizacyjne organizacje, o których św. Jan Paweł II mówił, że mają swoje anonimowe centrum. Wszystko pod niegroźnym płaszczykiem fundacji, stowarzyszeń. Niełatwo było wtedy rozeznać jakiego rodzaju gra się toczy wobec nas, jednak obydwoje identycznie poczuliśmy z czym mamy do czynienia. Zrozumieliśmy, że to do czego się nas zachęca stoi w sprzeczności z naszym duchem, wiarą, wartościami i sumieniem. W życiu spieraliśmy się o różne drobiazgi, o kolor ścian, o porządek, ale w kwestiach fundamentalnych zawsze czuliśmy to samo.

JMJ: My się wtedy spotkaliśmy z miękkim, subtelnym procesem dechrystianizacji, w którym używa się takich samych pojęć, jednak stoi za tym laicki humanizm, a nie chrześcijaństwo. Inny jest więc cel i perspektywa tych pojęć. Liberalizmowi ideologicznemu, w skrócie chodzi o doczesność, chrześcijaństwo jest otwarte natomiast na perspektywę eschatologiczną. Wykształcenie mojej żony i moje pozwoliło nam rozpoznać co się dzieje. Później ten proces laicyzacji napłynął z Europy Zachodniej do Polski, to był naturalny skutek otwarcia granic. I właśnie zderzenie ideologii liberalnej z chrześcijaństwem chciałem pokazać wówczas w książce „Bitwa o Polskę”, a w bardziej rozwiniętej formie -włącznie z programem pozytywnym – w trzytomowej „Bitwie o Prawdę”. Do tez z obu tych książek odwoływały się w swoich programach partie prawicowe, w tym również PiS  .

AJ: Dobrze, że Jasiu mówisz o wykształceniu, jednak moim zdaniem ważny był też fundament, który dały nam domy rodzinne oraz wiara i czyste sumienie.

To o „Bitwie o Polskę” Jan Paweł II mówił: „Wszyscy wiedzą, że Polska przeżywa teraz to, co jeden z autorów współczesnych, nawet dzisiejszych nazwał „Bitwą o Polskę”. Toczy się taka bitwa o Polskę. Można powiedzieć: bitwa o polską duszę, bitwa o charakter naszego społeczeństwa, naszego narodu, naszego kraju, o kierunek naszej przyszłości – właśnie z tym Krzyżem czy bez tego Krzyża!”. Czy zatem Bitwa o Polskę się skończyła?

Jan Maria Jackowski: Mija właśnie 25 lat odkąd książka ukazała się na rynku, byłem za nią mocno atakowany. Słowa Jana Pawła II o książce z kwietnia 1993 roku zmieniły ton dyskusji o niej. Po latach profesor, u którego przechodząc postępowanie doktorskie, zdawałem filozofię, a który jest uczniem ks. prof. Józefa Tischnera, konsekwentnego krytyka „Bitwy o Polskę”,  przyznał, że wówczas również krytycznie patrzył na moje diagnozy oceniając je jako przesadzone. Z czasem jednak zweryfikował swoje poglądy i przyznał, że w wielu kwestiach miałem rację. Bitwa o wymiar duchowy wciąż trwa. Gdy przypomnimy sobie dramatyczne wyznanie papieża Franciszka, który spotkał się z episkopatem Włoch, o zmieniającym się horyzoncie współczesnego człowieka i spadającej liczbie powołań pokazuje, że mamy zaawansowaną laicyzację. Kiedyś kardynał Ratzinger napisał świetny tekst, w którym postawił tezę, że współczesny człowiek, nawet jeśli jest przekonany, że istnieje życie pozagrobowe, to jednak doczesność fascynuje go tak bardzo, że bardziej ceni sobie ją niż życie wieczne. I to dramat dzisiejszych czasów. Dziś dechrystianizacja nie potrzebuje aparatu państwowego, bo ma aparat marketingowy.

Agnieszka Jackowska: W czasach komunizmu kościół, mając przeciw sobie aparat państwowy umocnił się. A dziś wróg jest niewidoczny, więc znacznie groźniejszy.

JMJ: Dziś idee i otoczka współczesnego świata jest bardziej podstępna.

AJ: Marsz, tak widowiskowo zainaugurowany przez pokolenie rewolty 68 roku, idzie przez instytucje, przez programy nauczania, przez media, przez kulturę. Dziś bardzo aktualne jest pytanie czy w ramach wolności mogę wszystko czy moja prawdziwa wolność ograniczona jest dobrem drugiego człowieka. Właśnie czytałam o kobiecie, która oglądała w pociągu film z bardzo brutalnymi scenami przemocy. Uwagę jej zwróciła matka, jadąca z ośmiolatkiem. Tamta odmówiła wyłączenia filmu, a internauci przyklasnęli ze względu na błędnie rozumianą (w mojej ocenie) wolność. Św. Jan Paweł II przestrzegał, by samowoli nie mylić z wolnością, a to się właśnie dzieje.

JMJ: Dziś całkiem zmieniła się definicja zdrowia, bo priorytetem jest dobrostan, a nie zdrowie rozumiane jako brak chorób. W wieku stu lat mamy się czuć, jak młodzieńcy z wymienionymi stawami, naciągniętymi twarzami, nafaszerowani suplementami diety. Nasza cywilizacja wyrzuca na margines cierpienie, starość, śmierć,  a przecież to wszystko należy do doświadczenia człowieczeństwa.

AJ: Zmianę widać też na przykładzie Pierwszej Komunii Świętej. Zdarza się, że rodzice stoją pod kościołem, paląc papierosy, nie angażują się w przyjęcie przez dzieci sakramentu. Jak więc dzieci mają w tym widzieć coś ważnego? Wszystko sprowadza się do koperty. Szacunek dla sacrum jest wartością uniwersalną, można nie wierzyć, a jednak mieć szacunek do tej sfery. Dziś obserwujemy masowe zjawisko ochrzczonego pogaństwa. A przecież za nami 1050 – lecie chrztu. Ostentacyjna niechęć dla chrześcijaństwa była do tej pory obca naszej kulturze.

JMJ: Niestety rację miał kardynał Ratzinger, mówiąc w 2000 roku, że chrześcijanie stają się w Europie grupą mniejszościową, ale mająca szczególne znaczenie. Z punktu widzenia doświadczeń Polski, to fakt trudny do przyjęcia. Ale bitwa o Polskę jeszcze nie została przegrana. Natura ludzka szuka transcendencji. Dziś zaspokaja tę potrzebę pseudowartościami, psychokultami, magią, wróżbiarstwem. Prędzej czy później nastąpi odwrót i ludzie otworzą się na Boga. On jest wpisany w ludzką naturę. Sądzę więc, że świat wartości chrześcijańskich przetrwa, ale przed nami trudy czas, który skończy się, głęboko w to wierzę, powrotem do wartości.

AJ: Nawet, jeśli będzie nas garstka, to ta bitwa będzie wygrana, bo Bóg nie przegrywa bitew, jak mawiał św. Josemaría Escrivá de Balaguer. A Polska ze swoim korzeniem rodzinności, przekonaniem o wartości rodziny może być dla Europy atrakcyjnym przykładem. Ważne jest także zwycięstwo w batalii o całkowitą ochronę życia poczętego.

JMJ: Coraz powszechniejsze jest przekonanie, że jesteśmy świadkami ideowego przesilenia, a pytania o przyszłość Europy stawiają nie tylko ludzie w Polsce, ale i intelektualiści europejscy.

Widzę, że państwu równie łatwo przychodzi mówienie o wspólnym życiu, jak o filozofii.

AJ: Może dlatego jesteśmy razem prawie 30 lat.

No właśnie, jak udało wam się wygrać bitwę o małżeństwo? Wiele par dziś ją przegrywa.

Agnieszka Jackowska: Nasz ślub pamiętam, jakby to było wczoraj. Małżeństwo to roślina, która daje piękne owoce, ale wymaga troskliwiej pielęgnacji. Samo się nie zrobi.

Jan Maria Jackowski: Kluczowy jest fundament wiary, który nas zawsze łączył. Zbudowaliśmy po prostu na skale. Przecież w małżeństwie nigdy nie jest tak, żeby nie było problemów. Są, ale ważniejsze są wspólne wartości oraz nieustannie toczący się między nami dialog.

Czego skromną próbkę dostali właśnie czytelnicy.

Jan Maria Jackowski: Łączy nas wspólnie przeżyta droga i doświadczenie. Rodzina to nie tylko wspólnota życia i miłości, ale przestrzeń domowa. Pamiętam, jak udało nam się na początku małżeństwa zdobyć pralkę automatyczną. Ależ to była radość! Kupienie jakiegokolwiek mebla, to było wydarzenie. Dziś młodzi ludzie, w świecie pełnym wszystkiego, mogą tego nie rozumieć, ale to szalenie łączyło. Najważniejsze dla nas było przychodzenie na świat naszych kolejnych dzieci.

AJ: Mąż zawsze pamięta o wszelkich ważnych datach, rocznicach, urodzinach. Gdy są urodziny naszych córek, ja też dostaję kwiaty. Jaś podkreśla, że to także moje święto.

JMJ: Wakacje zawsze spędzaliśmy i spędzamy razem.

AJ: Nawet, jak dzieci były małe, krzyczące, z wanienką na głowie jeździliśmy razem. Jaś nigdy się nie wykręcał pracą.

JMJ: Poza tym byłem przy narodzinach wszystkich dzieci.

Sześciu córek.

AJ: Mamy sześć córek. Ale nie od razu po ślubie doczekaliśmy się potomstwa.

JMJ: No właśnie. Trzy lata po ślubie wciąż nie mieliśmy dziecka. Zaczęliśmy się martwić. Pojechaliśmy razem na Jasną Górę, na Światowe Dni Młodzieży z Janem Pawłem II. Usłyszeliśmy wówczas: „módlmy się za małżeństwa, które mają dzieci oraz za te, które dzieci mieć nie mogą”. Włączyliśmy się w tę modlitwę…

AJ: …i miesiąc później poczęła się Joasia, która niebawem sama wychodzi za mąż.

JMJ: Joasia urodziła się 31 sierpnia, w urodziny Agnieszki, więc odebraliśmy to jako znak. Zaczęliśmy wtedy nowy rozdział życia, jako rodzice.  A do „Bitwy o Polskę”, wydawnictwo dołączyło wkładkę z informacjami o książce wraz z moim zdjęciem z kilkudniową Joasią.

AJ: Ta sytuacja nauczyła nas, że dziecko jest darem, życie jest darem. Tę historię opisaliśmy nawet w świadectwie o łaskach za wstawiennictwem św. Jana Pawła II. Kolejne dwie córki przyszły na świat w odstępie półtora roku. Wtedy jednak mieliśmy wizję rodziny 2+3 i na ów czas wydawało nam się, że to hojna wersja. Gdy jednak urodziła się trzecia Ania, to zrozumieliśmy, że to nie może być koniec, bo strasznie by było szkoda. Później już odstęp w narodzinach kolejnych córek był dłuższy i choć bywałam zmęczona, nigdy nie miałam momentów zwątpienia. Od zawsze marzyłam o dużej rodzinie. Na pocieszenie tym, którym ciężko z jednym dzieckiem powiem  tylko, że z jednym było mi najciężej. Wszystko było nowe, obce, zmęczenie było największe, niemożność zapanowania nad sytuacją także. Narodziny trzeciej córki otworzyły nam oczy, jak funkcjonuje większa rodzina, w której starsze dzieci potrafią wspierać rodziców i pomagać zajmować się młodszymi. Tak tworzą się szczęśliwe relacje .

JMJ: Tak dużo działo się w naszej rodzinie, tyle było spraw, że nie mieliśmy czasu aby zbytnio zastanawiać się nad sobą. Czerpaliśmy smak życia ze zwykłej rodzinnej codzienności, ale angażowaliśmy się także w aktywności zawodowe i społeczne.

AJ:  Ja musiałam sobie zrobić przerwę, ale wychowanie dzieci, to najpiękniejszy teatr życia, jaki mogłam zobaczyć. Wychowanie dawało mi ogromną radość. Dziś młode kobiety za rzadko słyszą prawdę o tym, jaką radość dają dzieci i rodzina. Raczej słyszą, że to ciężar, ograniczenie, obowiązek. Moje dzieci miały prawdziwe dzieciństwo, choć  na pewno straciliśmy na tym finansowo, to jednak nie sposób tego żałować.

JMJ: Właściwie nie wiem, kiedy tych 30 lat minęło, bo podobnie, jak żona, mam wrażenie, że nasz ślub był wczoraj. Wciąż dużo rozmawiamy, razem się modlimy, staramy się przynajmniej jeden posiłek w ciągu dnia zjeść wspólnie i mieć chwilę na rozmowy z córkami.

Jak się żyje w takim babińcu?

Agnieszka Jackowska: Mówi się, że „prawdziwi mężczyźni są kreatorami kobiet” i mogę to z czystym sumieniem potwierdzić.

Jan Maria Jackowski: Starałem się i staram moim paniom zaszczepić ducha sportowego. Wspólnie z zoną jeździmy na rowerze, a w zimie na nartach. To żona mnie zaraziła „nartami”. Poza tym także córki uprawiają wioślarstwo z sukcesami sportowymi.

AJ: Ciało się starzeje, ale duch nie. Życie nie kończy się na tym, co materialne, a miłość jest wieczna i dlatego warto starać na tę prawdziwą, bo ona daje człowiekowi młodość. Miłość trzeba podtrzymywać, dbać o rytuały, dbać o siebie wzajemnie. Poza tym ważne, że każdy miał dla siebie przestrzeń wolności. Miłość oznacza poświęcić się dla kogoś, ale nie jako cierpiętnik, tylko ciesząc się szczęściem drugiej osoby.

Źródło: sieciprawdy.pl