Opublikowano w kategorii: Publikacje prasowe

Tygodnik Niedziela – Sól ziemi:Bitwa o prawdę

Zaczął się kolejny etap wielkiej bitwy toczonej po 1989 roku o prawdę o naszej najnowszej historii. A wszystko za sprawą ujawnienia dokumentów Służby Bezpieczeństwa przechowywanych w domu Czesława Kiszczaka i dotyczących agenturalnej przeszłości Lecha Wałęsy w pierwszej połowie lat 70. ub. wieku. Upublicznienie tych akt bezpieki nie wniosło wiele nowego do wiedzy o związkach Lecha Wałęsy z komunistyczną Służbą Bezpieczeństwa zawartych w bogato udokumentowanej źródłowo książce Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka „SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii” wydanej w 2008 roku. Została jednak postawiona kropka nad i, bo odnalazła się teczka personalna i teczka pracy TW „Bolek”, które nie pozostawiają żadnych złudzeń co konfidenckiej aktywności b. prezydenta w pierwszej połowie lat 70.

Jak wówczas tak i obecnie uaktywnił się „front zmowy milczenia”. Atak nastąpił przy użyciu socjotechnicznego sofizmatu, czyli nadaniu pozoru prawdy fałszywemu twierdzeniu, że nie można podważać autorytetu Lecha Wałęsy, który jest ikoną Polski w świecie gdyż to szkodzi naszemu krajowi. A budowanie mitu założycielskiego III RP na kłamstwie nie szkodzi?

Zwolennicy „grubej kreski” nie przyjmują do wiadomości faktów. Apelują o przeciwstawienie się „wymierzonej przeciwko Lechowi Wałęsie kampanii nienawiści i zniesławień, która niszczy polską pamięć narodową”. W ostatnich dniach działania polegające na zamazywaniu prawdy o naszej najnowszej historii weszły w fazę decydującą. Przebija z niech jednak hipokryzja, gdyż wielu dzisiejszym obrońcom Wałęsy, którzy notabene w przeszłości go niszczyli, wcale nie chodzi o b. prezydenta, ale o wykorzystanie jego osoby, by ukryć własną niejasną przeszłość i relacje z peerelowskim aparatem władzy.

Warto przyjrzeć się metodologii preparowania historii uprawianej przez część dziennikarzy, niektórych polityków PO i Nowoczesnej czy „autorytety moralne”, stosowaną przez nich socjotechnikę i manipulacje. Jest używany pozornie przekonywujący dowód, że przed laty sąd stwierdził, że Lech Wałęsa jest „czysty”, tyle, że sąd nie miał dostępu do dokumentów, które już dziś są dostępne. Kolejnym chwytem jest działanie na emocje i lansowanie tezy, że o naszej najnowszej historii z założenia nie mogą świadczyć dokumenty wytworzone przez SB i jej funkcjonariuszy, bo to „pośmiertny tryumf bezpieki”. Teza jest obłudna, ale i absurdalna. Jeśli tak by było, to nie można byłoby sądzić zbrodniarzy hitlerowskich, którzy w znacznej mierze zostali skazani na podstawie dokumentów wytworzonych przez III Rzeszę, czy nie można by rozliczać zbrodni stalinowskich, dla których dokumenty wytworzone przez komunistyczny aparat represji i przymusu stanowią jedną z podstaw. Na tej zasadzie należałoby ustawowo wprowadzić cenzurę i zakaz badań historycznych, czyli administracyjną amnezję we wszystkich krajach o totalitarnej przeszłości.

Upublicznienie faktów z przeszłości Lecha Wałęsy oczyściło sytuację ponieważ „haki” na b. przywódcę „Solidarności” straciły na znaczeniu.  Być może w przeszłości te informacje dawały pewien wpływ na Wałęsę ludziom związanym z dawnymi i nowymi służbami. Na pewno były wykorzystywane przez salon „oświeconych”, którego prominentni przedstawiciele zawarli przy okrągłym stole porozumienie z komunistami gwarantując im bezkarność i ochronę, a w III RP chcieli mieć monopol na prawdę i za cenę „chronienia” Wałęsy wykorzystywali go do swoich celów. „Strażnicy demokracji” traktowali przy tym Wałęsę instrumentalnie, bo przecież jeszcze niedawno oskarżali go o wszelkie zło i kabotynizm, a ostatnio uznali za „narodowe dobro”. Dlatego, że  jego uwikłanie w niejasne relacje z komunistycznym aparatem przymusu uczyniło z niego „swojego”, co skrzętnie wykorzystywano do ochrony ludzi, którzy byli w różny sposób „umoczeni” w przeszłości.

Jaki jest cel tych wszystkich działań? Oczywisty. Mamy bowiem do czynienia z przykładem wręcz podręcznikowej operacji polegającej na przemodelowaniu świadomości społecznej i doprowadzeniu do metanoi, czyli – odwołując się do greckiego źródłosłowu – do „zmiany usposobienia”. Metanoia, w sensie przedchrześcijańskim, polega na zatarciu różnicy między prawdą a kłamstwem i akceptowaniu sprzeczności jako reguły poprawnego myślenia. Celem jest zatem nowy człowiek ukształtowany na ideologicznych wzorcach wtłaczanych w mediach, który nie będzie potrafił odróżniać prawdy od kłamstwa i dobra od zła. Mając zwichrowaną busolę zło będzie uznawał za dobro, kłamstwo za prawdę. Takim człowiekiem łatwiej jest manipulować i sprawować nad nim „rząd dusz”. Stawka jest więc bardzo wysoka i dlatego „obóz postępu i demokracji” do boju rzucił główne siły i cały swój propagandowy aparat „perswazji”.

Co jest warte życie publiczne budowane na fałszu? To, iż w „Solidarności” byli agenci SB, to nie zmienia faktu, że były tam przede wszystkim miliony ludzi, którzy uwierzyli w Polskę, uwierzyli w siebie i zdobyli się na heroiczny wysiłek walki o niepodległość.  Po 1989 roku przy użyciu ogromnego aparatu kształtowania opinii publicznej pracowicie budowano mit o „udanej transformacji” i o zasługach „jedynie słusznego” nurtu opozycji w obaleniu komunizmu. Dziś coraz więcej wiemy, bo prawdy  nie uda się zakłamać: „nie ma bowiem nic ukrytego, co by nie miało być ujawnione, ani nic tajemnego, co by nie było poznane i na jaw nie wyszło (Łk, 8, 17).

 

Jan Maria Jackowski

Źródło: Niedziela Ogólnopolska 11/2016