Opublikowano w kategorii: Publikacje prasowe

Tygodnik Niedziela – Sól ziemi: Jestem katolikiem, ale…

Zgoda na ratyfikację konwencji przemocowej Rady Europy (tak przemocowej, bo to jest przemoc na społeczeństwie w imię neomarsistowskiej ideologii gender) w Sejmie i Senacie nie byłaby możliwa gdyby posłowie i senatorowie PO, którzy deklarują się jako wierzący nie przyjmowali postawy „jestem katolikiem, ale…”. Niektórzy parlamentarzyści PO podczas prac w komisjach oraz na forum obu izb, z jednej strony, podkreślali swój katolicyzm, lecz, z drugiej, krytykowali Episkopat Polski za jasne stanowisko ws. konwencji oraz wybiórczo powoływało się i interpretowali Magisterium Kościoła.

Także reprezentująca rząd min. Małgorzata Fuszara, znana promotorka ideologii gender, często powoływała się na słowa św. Jana Pawła II, tak jednak dobierając cytaty aby sprawić wrażenie, że największy z rodu Polaków był zwolennikiem genderyzmu. Znana to technika manipulacji, bo niektórzy również w ten sposób wykorzystują Pismo św. np. powołując się na słowa z Psalmu 14 „nie ma Boga”, ale już nie cytując tego co jest wcześniej – „Mówi głupi w sercu swoim:”. Pani minister nie przytoczyła już słów, w których św. Jan Paweł II mówił bardzo wyraźnie o „mnożących się na forum międzynarodowym, błędnych koncepcjach dotyczących płciowości, godności i misji kobiety, które leżą u podstaw ideologii bazujących na pojęciu „gender”, które również są przedmiotem zatroskania” (Przesłanie do Pontyfikalnej Rady d.s. Rodziny, z okazji 20 rocznicy adhortacji Familiaris consortio. 23.11.2001 r.).

Argumentacja, jestem katolikiem, ale nie jest wynalazkiem naszych czasów, znana już była w II połowie XIX wieku. Wiąże się z coraz powszechniejszymi już wówczas trendami  modernistycznymi, w których podważano Magisterium Kościoła. Zwolennicy zmian używali przewrotnej argumentacji: wprawdzie modernizm nie jest wolny od błędów doktrynalnych, ale moderniści dążą do osiągnięcia prawdy, przecież pewna słuszność tkwi u podstaw ich błędów.

Dziś postawę „jestem katolikiem, ale…” przyjmuje niejeden polityk, działacz katolicki, nawet duchowny. Zdemaskował to zjawisko w znakomitej książce „Aborcja i polityka” już przed laty ks. prof. Michel Schooyans i wykazał, że jest to zwykła sofistyka (rozumowanie pozorne poprawne, ale stosowane w celu oszukania innych lub samego siebie).  Oto bardzo częsty sposób argumentowania polityków uprawiających dialektykę „tak, ale”: „Jestem przeciwny aborcji, ale żyjemy w społeczeństwie demokratycznym i pluralistycznym, więc uważam, że wszyscy powinni mieć swobodę robienia tego, na co mają ochotę. Tym samym ci, którzy chcą stosować aborcję, powinni mieć w tym względzie swobodę. Dlatego, po pewnych poprawkach, będę głosował za propozycją liberalizacji aborcji nie  pomimo że jestem chrześcijaninem, lecz dlatego, że nim jestem”.

Ks. Prof. Schooyans proponuje ćwiczenie praktyczne. Zamiast słowa „aborcja” wstawmy słowa: „terroryzm”, „pedofilia”, „apartheid”, „rasizm”, „eutanazja”, „in vitro”,  „przemoc”. Powstanie wówczas tekst: „Jestem przeciwny przemocy, ale żyjemy w społeczeństwie demokratycznym i pluralistycznym, więc uważam, że wszyscy powinni mieć swobodę robienia tego, na co mają ochotę. Tym samym ci, którzy chcą stosować przemoc, powinni mieć w tym względzie swobodę. Dlatego, po pewnych poprawkach, będę głosował za propozycją liberalizacji przemocy nie pomimo że jestem chrześcijaninem, lecz dlatego, że nim jestem”.

Pułapka argumentacji „tak, ale…” polega na relatywizmie. Rzeczywista demokracja jest niemożliwa bez odwołania się do fundamentu zasad podstawowych, a te właśnie podważa i rozmywa konwencja przemocowa Rady Europy.

 

Jan Maria Jackowski

Źródło: Niedziela Ogólnopolska 12/2015